W dzieciństwie marzył, że gdy dorośnie, będzie strażakiem albo cyrkowcem. Został operatorem – jednym z czołowych twórców polskiej szkoły filmowej.

Zanim po raz pierwszy pojawił się na planie filmowym, przeszedł przez obóz pracy w Izabelinie i getto wołomińskie oraz był członkiem konspiracji zajmującym się transportem broni i przemierzającym Europę w niemieckim mundurze. Na podstawie jego nieprawdopodobnych losów w okresie wojny, Jerzy Stefan Stawiński napisał scenariusz zatytułowany Człowiek, który zakpił sobie z III Rzeszy. Z uwagi na żydowskie pochodzenie głównego bohatera, scenariusz został odrzucony.

I. Zawsze w ruchu

Gdy wybuchła II wojna światowa, Jerzy Lipman miał 17 lat. Był dowcipny i towarzyski, miał wiele kolegów i koleżanek; w czasie okupacji dzięki przyjaźniom, dawnym i nowym, kilkukrotnie wywinął się śmierci. Przed wojną uczył się w IV Gimnazjum Państwowym w Warszawie. Jak zapamiętała jego przyjaciółka, chętnie wagarował, a miejsce w teczce wypełniamy mu buty do biegania i inne akcesoria sportowe. Był bardzo wysportowany: skakał wzwyż, pływał, grał w siatkówkę i tenisa.

Jego wrodzona energia i żywiołowość dawały o sobie znać również w czasie okupacji, gdy wymykał się z wołomińskiego getta na „aryjską stronę”, żeby odwiedzić przyjaciół. Po latach wspominał:

„Starałem się nie myśleć o niebezpieczeństwie, przeskakiwałem brawurowo przez ten parkan, brałem ze sobą rower. Najpierw przerzucałem rower, a potem sam przeskakiwałem. (…) Potem getto zamknęli całkowicie. Ja w dalszym ciągu uciekałem, ale już innymi drogami – przez las (…). Bałem się, starałem się jednak tłumić w sobie ten strach, trzymać go pod kontrolą. Kilka razy ktoś na mnie nawet doniósł, dwa razy gonili mnie żandarmi”.

Przez kolejnych kilka lat okupacji, jakby wbrew losowi, który zaplanowano dla niego i milionów Żydów, Jerzy Lipman przeżywał bodaj najintensywniejszy czas w swoim życiu: uczył się na tajnych kompletach, zawierał nowe znajomości, przemierzał tysiące kilometrów.

Jak podkreślają filmoznawcy, twórczość Lipmana charakteryzuje ruch – jazda kamery i ruch wewnątrzkadrowy. Jego ujęcia były dynamiczne, ekspresyjne, pozornie niedoskonałe, czasami celowo nieostre. Nie mniej żywiołowy był przy pracy sam autor zdjęć. Tak zapamiętał go Kawalerowicz: „Ile razy wspominam Jurka Lipmana, to zawsze widzę go w ruchu. Zawsze gdzieś się spieszy, skądś wraca, z kimś jest umówiony, coś załatwia. Zawsze pełen energii. Przy pracy nad filmem nigdy nie był tylko operatorem, czyli kimś, kogo interesuje wyłącznie strona plastyczna, był w całym tego słowa znaczeniu współtwórcą filmu”. Choć nie było to wówczas popularne, Lipman wychodził z założenia, że to kamerę trzeba poddać aktorowi, a nie aktora kamerze. Gdy trzeba było, brał kamerę do ręki i uwieczniał nią wszystko to, czego nie dało się zawrzeć w statycznych ujęciach. Szybko ustawiał światło, a gdy trzeba było, błyskawicznie je korygował. Andrzej Wajda, którego debiut reżyserski, Pokolenie, był również debiutem filmowym Lipmana, zapamiętał: „Jurek nie oddawał nikomu żadnej pracy przy kamerze. Sam układał szyny. Montował kran, budował rusztowania, ustawiał przeciwwagi, budował pomosty nad przepaścią. Im przedsięwzięcie było bardziej ryzykowne, tym większa część była jego dziełem. Robiło to wrażenie jakiejś szaleńczej zabawy, w której jego temperament wyżywał się”.

II. Z ciemności 

Wraz z Zagładą, beztroskie, bezpieczne życie Jurka zastąpiła walka o przetrwanie. Jak wstrząsające wrażenie na młodzieńcu „z dobrego domu”, wychowywanemu w duchu szacunku do prawa i drugiego człowieka, musiały wywoływać sceny, których był świadkiem w wołomińskim getcie oraz w obozie pracy przymusowej w Izabelinie?

Andrzej Wajda wspominał: „Niezwykłe też było to, jak Lipman umiał uchwycić świat ludzkiej biedy (…). Potrafił znakomicie poruszać się po ubogiej Warszawie (…), umiał też bezbłędnie uchwycić melancholię tych dzielnic nędzy. To, co w Pokoleniu najpiękniejsze, to właśnie kryjące się w zdjęciach Lipmana spojrzenie na beznadzieję życia w czasie okupacji, kiedy przyszłość jest całkowitą niewiadomą, a każdy następny dzień – życiem od nowa”.

Przez 6 lat Lipman obserwował postępujące wyniszczanie narodu żydowskiego, ukrywał się, wyjeżdżał i wracał do Warszawy, przemierzał jej zasypane gruzem ulice, zniszczone w czasie dwóch powstań. Wszystko to, co wówczas zobaczył, odcisnęło piętno na jego przyszłości i wpłynęło na jego postrzeganie otaczającego świata.

Jerzy Lipman przeszedł do legendy polskiej szkoły filmowej między innymi dzięki swojej wyjątkowej wrażliwości na oświetlenie. W przeciwieństwie do poprzedników, nie unikał ciemnych tonacji; dostrzegał w nich cenny element budujący atmosferę poszczególnych scen. Rzeczywistość, którą starał się jak najwierniej uwieczniać na taśmie, w dużej mierze składała się z mroku. Kadry z dużymi partiami cienia, wyłaniające się z ciemności sylwetki, czasem ledwo tlące się źródła światła (blask świecy, zgaszone światło słoneczne wpadające zza okna) – wszystko to buduje klimat i dodaje dramaturgii. Atmosferę miejsca i czasu akcji podkreślał wykorzystując zmieniające się nasycenie naturalnego światła. Jerzy Hoffman, kilkukrotnie współpracujący z Lipmanem, zapamiętał jeden z dowodów na niezwykły zmysł operatora. W Panu Wołodyjowskim, scena oczekiwania młodego Nowowiejskiego na Azję Tuhajbejowicza była kręcona w dwóch częściach, w oddalonych od siebie o tysiące kilometrów miejscach – w Polsce i w Czufut-Kale na Krymie. Choć przyrząd do mierzenia temperatury światła nie działał, Lipman z niespotykanym wyczuciem dobrał moment, w którym należało nakręcić drugą część sceny. Pasowały do siebie idealnie.

III. Wszystko ma znaczenie

Gdy w październiku 1942 r., po ucieczce z obozu pracy w Izabelinie Jerzy Lipman znalazł się w Warszawie, większość Żydów z tamtejszego getta już nie żyła. Razem z przyjacielem, Pawłem Reznikiem, przez kilka dni nie miał gdzie się podziać. Fałszywe dokumenty, które posiadali, nie były fachowo podrobione. Pomieszkiwali w tanich hotelikach przy ul. Chmielnej, pomagały im prostytutki. „Któregoś dnia przyszła policja kryminalna i zgarnęła nas. »Wy jesteście Żydzi«. (…) Mieliśmy trochę pieniędzy (…) ale nie mieliśmy dolarów, nie mieliśmy żadnych wartościowych rzeczy przy sobie. I tamci policjanci zaraz to spostrzegli, jak nas zaczęli rewidować”. Zdekonspirowanych młodzieńców policjanci puścili wolno.

Przez kolejne dwa i pół roku wielokrotnie udawało mu się ocalić życie. Dzięki pomocy Zofii, starszej siostry działającej w konspiracji z ramienia RPPS, Lipman otrzymał fałszywe karty meldunkowe; dawny kolega pomógł mu zdobyć metrykę urodzenia. Od tej pory nazywał się Jerzy Lipiński. Wraz z nowym nazwiskiem musiał stać się innym człowiekiem:

„Ja w ogóle wierzyłem w przeznaczenie. Ale co najważniejsze – trzeba było odnaleźć się po tej drugiej »aryjskiej« stronie, trzeba było zmienić sposób myślenia, zachowania, nawet chodzenia – nie ze strachem w oczach, z głową odwróconą w stronę wystaw sklepowych. Na początku zdawało mi się, że każdy na mnie patrzy, każdy widzi we mnie Żyda, że będzie szantażował albo wyda. Najtrudniej było właśnie to przewalczyć”.

Jerzy zamieszkał z kolegą z lat szkolnych Zygmuntem Lange i jego matką; w niewielkim mieszkaniu pomieszkiwały osoby potrzebujące pomocy. To Zygmunt oswajał Jerzego ze strachem przed funkcjonowaniem pod przybraną tożsamością, wychodząc z nim po zmierzchu na spacery. Przemierzając ulice Warszawy, Jerzy musiał zachowywać się naturalnie i swobodnie, zachowując przy tym stałą czujność: każdy gest, nieprzemyślane słowo czy niepewne spojrzenie mogły kosztować go życie.

Skupienie i przywiązywanie wagi do detali pozostały nieodłącznymi cechami charakteryzującymi pracę Jerzego Lipmana. Komponując kadry, stosował dużą głębię ostrości, dbając o to, aby uwadze widzów nie umykały istotne detale: mimika twarzy bohatera, odbicie w lustrze, przedmioty znajdujące się w pomieszczeniu. Eksponując szczegóły budował dramaturgię sceny i przypominał, że na rzeczywistość składa się nie tylko to, co widoczne na pierwszy rzut oka, ale również to, co ukryte lub pozornie pozbawione znaczenia. Jerzy Wójcik, współpracujący z Lipmanem, zapamiętał: „Doświadczenia związane z okupacją były dla niego także spotkaniami z materią. Wiedział, jak powinna wyglądać ziemia po wybuchu, rozerwane deski, mury, kurz, natężenie zawiesiny pyłu. To, co dla innych było tylko bronią i mundurem, dla Jurka stanowiło opowieść o pewnym świecie”.

IV. Ryzyko 

Jesienią 1942 r., dwudziestoletni Lipman dołączył do podziemnych struktur RPPS. Został również członkiem zbrojnego ramienia Polskiej Armii Ludowej – zajmował się dostarczaniem broni dla działaczy podziemia.

Pewnego dnia na brzegu rzeki, nad którą siedział, pojawił się pijany oficer Wehrmachtu; jak się okazało, chciał zażyć kąpieli. Gdy na horyzoncie pojawił się niemiecki patrol, obawiający się wylegitymowania Jurek szybko założył leżący na piasku mundur oficera i pospiesznie się oddalił. Czuł się bardzo niepewnie, jednak nikt nie zwrócił na to uwagi; mijający go żołnierze nawet mu zasalutowali. Dla nabrania pewności siebie, być może z młodzieńczej przekory, na przekór okupacyjnemu terrorowi – w niemieckim mundurze wyszedł na ulice Warszawy jeszcze przynajmniej kilka razy. Niedługo potem niemiecki mundur stał się podstawowym rekwizytem współtworzącym jego przybraną tożsamość.

Ukrywając swoje żydowskie pochodzenie, przez pewien czas Lipman towarzyszył koledze w eskortowaniu do pracy robotników zatrudnianych na budowach prowadzonych przez organizację Todt. Zimą 1943 r. w pociągu jadącym na wschód poznał się z mówiącym po polsku oficerem SS, Adamem Śledzińskim. Mimo grożącego niebezpieczeństwa, Jerzy nie tylko zagrał z nim w pokera, wygrywając znaczną sumę pieniędzy, ale też przyjął zaproszenie do odwiedzin w jego mieszkaniu w Mińsku; tam przez kilka dni wspólnie włóczyli się po niemieckich knajpach, grając w karty. Śledziński pojechał następnie z Lipmanem do Warszawy, gdzie wyjawił, że wykradł ze swojej jednostki stemple i dokumenty in blanco oraz że nie zamierza do niej wracać. Choć obaj mieli przed sobą wiele tajemnic, powoli zbudowali wzajemne zaufanie.

Ze sfabrykowanymi dokumentami, podając się za urlopowanych członków jednostki Luftwaffenbau, odebrali nowe mundury z centrali zaopatrzenia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Pobrali również przydział prowiantu dla całej jednostki, który przekazali Langowej. Pracownik techniczny Georg Liebich (Lipman) i Oberleutnant Śledziński ruszyli wspólnie do Berlina. Nocowali w pięknych hotelach, wychodzili do kina, na przedstawienia cyrkowe i kabaretowe, stołowali się w restauracjach.

Podobną wyprawę do Berlina odbyli jeszcze dwukrotnie. Lipman szybko nauczył się czym warto handlować, żeby w szybkim czasie zgromadzić możliwie jak najwięcej pieniędzy potrzebnych do przetrwania i wspomagania bliskich w potrzebie. Nawiązał również znajomości z włoskimi i jugosłowiańskimi partyzantami, od których skupował broń dla polskiego podziemia.

W filmach, które współtworzył, Jerzy Lipman odważnie przełamywał schematy i konwencje oświetleniowe i kompozycyjne. Jednym z filmów, w których udowodnił swój kunszt był nominowany do Oscara Nóż w wodzie (1962, reż. Roman Polański). Akcja rozgrywa się w czasie jednej doby, w większości na niewielkiej przestrzeni jachtu pływającego po mazurskich jeziorach. Dzięki ruchowi kamery i niestandardowym kadrom Lipman doskonale zobrazował skomplikowaną grę psychologiczną rozgrywającą się między trojgiem bohaterów. Napięcie balansował zdjęciami pleneru – połyskującej wody, bezkresu jezior, słońca wędrującego po horyzoncie. O wyzwaniach stojących przed operatorem filmowym opowiadał Roman Polański: „Po pierwsze, on znakomicie filmował »z ręki«, a takich zdjęć była w Nożu w wodzie większość, prawie wszystkie ujęcia na jachcie. W tych latach operatorzy tego nie lubili (…). Przede wszystkim jednak przydawał się w rozwiązywaniu najrozmaitszych problemów technicznych, które się wyłaniały z dnia na dzień, przy kręceniu na jachcie. Gdzie umieścić lampę? Jak ją przymocować? On podobnie jak ja lubił majsterkowanie. Na drugiej łodzi wlókł się za nami agregat, a my (…) zwisaliśmy za burtą jak winogrona. Dla Jurka to wszystko było zupełnie oczywiste i normalne”.

V. Zmiana kadru

Wspólnie ze Śledzińskim, a później na własną rękę, Lipman odwiedzał kolejne kraje: Włochy, Jugosławię, Francję, Węgry. To wówczas narodziło się jego zamiłowanie do fotografii. „Zawsze miałem przy sobie aparat fotograficzny i robiłem dużo zdjęć. Stało się to moją pasją, która z resztą raz przyczyniła się do całkowitej wpadki. Prowadziłem do Mediolanu sześcioosobową grupę chłopaków, takich cwaniaków z Grochowa (…). Moja brygada oficjalnie miała pomagać przy budowie, ale przede wszystkim handlowaliśmy, rozbrajaliśmy Niemców i Włochów. Do Warszawy przywoziliśmy potem broń i papiery, które w podziemiu służyły za podstawę do fałszowania dokumentów (…). W moje urodziny, kiedy pociąg stanął gdzieś po drodze, wysiadłem zrobić kilka zdjęć (…). Nagle wyrósł przede mną kierownik pociągu, Austriak (…). Stary cwaniak podejrzewał, że jestem Żydem, bo usiłował podpytać chłopaków, ale wyśmiali go, bo sami nic nie wiedzieli (…). Całą naszą grupę cofnięto do Wiednia, a ja jechałem pod eskortą jako szpieg (…). W Wiedniu zaprowadzili mnie na gestapo (…). Wszedłem, zasalutowałem. Z pełnym oburzenia przekonaniem przedstawiłem całą sytuację, podkreślałem ważność naszej pracy, nadmieniłem o konieczności dotrzymania terminów. Wspomniałem też o samowoli i braku dyscypliny kierownika pociągu, który połakomił się nawet na moje ulubione rękawiczki. Mówiłem o pracy dla dobra ojczyzny itp., jak prawdziwy Niemiec. Grałem va banque. O życie. Uwierzyli”.

Podróżując po Europie, mimo podejmowanego ryzyka i towarzyszącego mu strachu, czuł się wolny. Ten intensywny czas wspominał po latach:

„(…) Dla mnie podróże stały się koniecznością, a zarazem sposobem na życie. Miałem już sporo konspiracyjnych doświadczeń, nie musiałem siedzieć zamknięty w jednym miejscu, dręczony klaustrofobią i bezczynnością. Mogłem coś zrobić. Te wszystkie obce miejsca były dla mnie każdorazowo azylem, bo paradoksalnie – mimo zagrożenia – w pociągu, w podróży, czułem się bezpieczniej niż na ulicach Warszawy, gdzie łatwo było stać się zwierzyną łowną (…)”.

Wyprawy przywracały mu również poczucie sprawczości, szczególnie cenne w trudnym okresie, jakim były dla niego lata 1943–1944. Stracił wówczas wielu najbliższych: Pawła Rzeznika, Zygmunta i Helenę Langów, Adama Śledzińskiego (jak się okazało, Polaka, prawdopodobnie związanego z podziemiem), wreszcie ukochaną siostrę Zosię; martwił się też o rodziców, ukrywających się "po stronie aryjskiej".

Filmoznawcy oraz osoby współpracujące z Jerzym Lipmanem podkreślają, że miał niespotykane wyczucie w komponowaniu kadrów. Stosując ciasne kadry oraz otwarte kompozycje wskazywał, że to co widać na ekranie jest tylko wycinkiem rzeczywistości. Dostrzegał również artystyczne walory w tym, co pozornie zwyczajne, nieatrakcyjne. Z tego samego powodu, wbrew ówczesnym praktykom, nie stosował filtrów filmując niebo. Jak zapamiętał Andrzej Wajda, „Jerzy Lipman nie miał filtrów, ale potrafił sprawić, że to białe papierowe niebo, rozhalowane i świetliste, wydzielało jakąś melancholię i rozpacz”. Umiejętnie wydobywał charakterystyczne cechy filmowanego krajobrazu i scenerii. Za pomocą kamery utrwalał niestałość: zmiany pogody i pór dnia, upływ czasu. Był twórcą absolutnym: „Ten autorytet Jurka brał się głównie stąd, że on się nigdy nie wahał: wiedział co ma być sfotografowane, gdzie ustawić kamerę, jaką dać przesłonę. Potem, w czasie przeglądu materiałów, byliśmy zwykle zdumieni, że to wygląda jeszcze wyraziściej niż się spodziewaliśmy. Poza tym nigdy nie zrzucał winy na innych. To były jego zdjęcia, za które on brał odpowiedzialność”.

VI. Od nowa 

Gdy Lipman rozpoczynał studia, miał 26 lat, a za sobą doświadczenia z burzliwych lat okupacji, o których niechętnie opowiadał. Dzięki wrodzonemu talentowi i ciężkiej pracy, po upływie zaledwie kilku lat nazwisko Jerzy Lipman pojawiło się w czołówkach wielu najsłynniejszych filmów epoki polskiej szkoły filmowej. Jerzy Stefan Stawiński tłumaczył: „Sprawa prosta: po stalinowskim zlodowaceniu nastąpił kilkuletni, zahamowany później okres twórczości, która rzeczywiście interesowała widzów, gdyż poruszała prawdziwe problemy z najnowszej historii Polski. Wymagało to porzucenia sztucznego, kłamliwego i skostniałego stylu, panującego poprzednio w filmie. To nowe spojrzenie zapewniało oko Lipmana. Okazał się artystą, który trafił na swój czas. Jego kamera pozwoliła nam patrzeć po nowemu na otaczający świat”. Lipmanowi nie dane było jednak długo cieszyć się ekscytującą i  satysfakcjonującą pracą. Antysemicka kampania 1968 r. zmusiła cenionego operatora filmowego i jego rodzinę do emigracji. Nigdy nie pozwolono mu wrócić do Polski.

Anna Styczyńska

Bibliografia

  • Michalak B., Zatrzymani w kadrze, Warszawa 2016.
  • Lubelski T. (red.), Zdjęcia: Jerzy Lipman, Warszawa 2005.

Biografię Jerzego Lipmana przeczytasz tutaj >> Lipman Jerzy | Wirtualny Sztetl

29 marca 1999 r., Zygmunt i Helena Lange zostali pośmiertnie odznaczeni medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Zapraszamy do zapoznania się z portalem Polscy Sprawiedliwi i zakładką "Żydzi ukrywający się po »aryjskiej stronie«" >> Żydzi ukrywający się po „aryjskiej stronie” | Polscy Sprawiedliwi

Print