Pamięci Żydów opatowskich, wypędzonych ze swego rodzinnego miasta,

 pozbawionych dorobku życia i pokoleń,

zamordowanych w Treblince, nie mających swego grobu…

 

Odtworzenie ostatniego dnia Żydów opatowskich w rodzinnym Apt (jak sami nazywali Opatów) jest niezwykle trudne z wielu przyczyn: z sześciu i pół tysiąca osób Treblinkę przeżył tylko jeden człowiek – Samuel Willenberg, a inni, których zostawiono w Opatowie, dali fragmentaryczne świadectwa (niektóre zamieszczone w „Księdze Pamięci  Apt” są dla nieznających języka hebrajskiego niedostępne), a świadkowie tego tragicznego exodusu swych sąsiadów albo już nie żyją, albo niewiele pamiętają, albo niechętnie wspominają te chwile.

Z niewielu dostępnych źródeł, z fragmentów wspomnień (czasem dopełniających się, a czasem sprzecznych ze sobą), na osnowie pamięci i zapomnienia powstała ta relacja, podobna do tkaniny utkanej z wielu różnych wątków. Jak naprawdę było, już nikt z nas się nie dowie.

***

22 października 1942 roku

Niektórzy podają datę 20 października 1942 roku jako  dzień wypędzenia Żydów z Opatowa. W relacjach spotkałam dwie daty dzienne – 20 i 22 października, ale istnieje niezwykły dokument, który przesądza o wyborze tej drugiej daty. Jesienią 2006 roku została znaleziona mała karteczka w czasie rozbiórki kamienicy w rynku opatowskim – przed wojną był tu Plac Wilsona nr 35 (dziś stoi na jej miejscu nowy budynek Sądu Rejonowego). Robotnik na strychu pod podłogą znalazł butelkę, w której była pożółkła karta-notatka o wymiarach 23 cm x 17 cm oraz testament rodziny Orlan sprzed wojny. (Oba dokumenty zostały przekazane do archiwum Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.)

Dla nas ważna jest ta niepozorna notatka. Autor nie zostawił na niej podpisu. Kopiowym ołówkiem zanotował (pisownia i układ oryginalne):

„Opatów 21 X 1942 r.

Przed wysiedleniem Żydów

z Opatowa kiedy Żydów

z pobliskich miast Iwaniska

Bogorja, Ćmielów już wysiedlono

i Żydzi z Opatowa są na

to przygotowani w roku

kalendarzowym 1942 w Generalnej

guberni (Generalgowernament)

dawnej Polski okupowanej przez

wojska Niemieckie w roku 1939”.

Autor pisał w imieniu całej społeczności i chciał zostawić nam znak życia, który ukrył w butelce, jakby wrzucał ją w ocean pamięci – tu żyliśmy, pamiętajcie o tym, że 21 października 1942 roku: „Żydzi z Opatowa są na to przygotowani(…)”.

Aron Sztarkman:

„(…) Panika jest ogromna. Prezes Judenratu wykorzystuje ostatnią protekcję u landrata. Dostarczą nową kontrybucję, może to pomoże. Żydzi ofiarowują, co mają ze swego dobytku, aby tylko pozostać na miejscu.(…) Krążą plotki, że jutro nastąpi wysiedlenie. Ludzie pakują już plecaki, przygotowują się. Nocą nikt nie śpi. Siedzimy na plecakach całą noc”.

Dla wielu był to noc czuwania i lęku. Na pewno i dla koleżanek mojej mamy ze szkoły podstawowej – Chai Grocher i Judki Orlean to była straszna noc.

Eugeniusz Fąfara:

„(…) do naszego miasta najechało się żandarmów i otoczyli getto. Nawet na polach wokół Opatowa ustawiono silne patrole schutzpolizei z psami policyjnymi. (…) Na drugi dzień wcześnie rano wkroczyło Rollkomando”.

Samuel Willenberg:

„(…) odgłos werbla na ulicy.(…) Była godzina czwarta nad ranem”.

Aron Sztarkman:

„Zegar wybija 5 [godzinę], zaczyna wyć syrena. Wyje tak jakby się paliło. To jest sygnał, że Żydzi muszą opuścić swoje mieszkanie i domy. Syrena milknie(…)”.

O tej porze roku wcześnie rano w Opatowie jest ciemno, panuje przejmujący chłód i wilgoć.

Eugeniusz Fąfara:

„Przez megafony ogłoszono polecenie: dla policji żydowskiej w języku jidysz, a dla policji niemieckiej – w niemieckim”.

Aron Sztarkman:

„Słychać krzyki, płacz dzieci i kobiet. Hałas i zamieszanie na ulicach rośnie z minuty na minutę. Na każdej ulicy słychać wrzaski: – Wychodzić z mieszkań, szybko!

Żydzi zbierają się na dużym placu na targowisku.

– Szybko! – krzyczy żydowska policja. (…)

Ze wszystkich stron idą Żydzi z tobołami. Kobiety niosą małe dzieci, jedno na ręku, drugie za rękę, a trzecie samo biegnie w ślad matki (…).”

Samuel Willenberg:

„Z domów wysuwały się przygarbione pod brzemieniem wynoszonych ciężarów sylwetki Żydów. Wlekli oni swoje szczupłe zapasy. Fala ludzka została skierowana na plac targowy. Tłum rósł z każdą chwilą. (…) Wielu szło z tępą rezygnacją. Jakby przeczuwali, że nigdy już nie wrócą do domów, w których przeżyli długie lata. Widmo nędzy i poniewierki olbrzymiało w obliczu nadchodzącej zimy. (…)”.

Maria Krełowska:

„Pamiętam, jak pod górę na targowicę szła młoda kobieta sportowo ubrana. W spodniach nie spotykało się wtedy kobiet. Była to młoda dentystka [prawdopodobnie Liwszyc z Warszawy]. Stojący przy drodze na targowicę własowiec uderzył ją mocno gumową pałką, aż się przewróciła. Ale zaraz podniosła się i poszła dalej.

Żydzi myśleli, że jadą na wysiedlenie, do pracy. Jeden mężczyzna szedł na targowicę i niósł ze sobą tylko piłę. Taką obustronną”.

Aron Sztarkman:

„Ludzie stoją spokojnie na placu. Słychać płacz małych dzieci. Kreishauptmann wydaje rozkaz żydowskiemu komendantowi Jurkowi Hertergowi, aby Żydzi ustawili się w rzędzie po sześć osób i byli gotowi do odmaszerowania”.

Maria Krełowska:

„W kinie w Opatowie w czasie wojny młody Żyd wyświetlał filmy. Też niemieckie filmy. Proponowano mu, że go zostawią, ale on nie chciał rozdzielić się z żoną i dzieckiem. Poszedł ze wszystkimi”.

Samuel Willenberg:

„Na wielkim placu zaczęto ustawiać nas piątkami. Podczas odliczania kilkudziesięciu Żydów odłączono od reszty. Garstka ta miała likwidować getto”.

Aron Sztarkman:

„Wokół bogatych Żydów kręci się morderca Hetel i wybiera młodych mężczyzn do pracy. Zbliża się i dotyka mnie gumową pałką: – Na stronę, możesz jeszcze pracować! Nie mam nawet możliwości pożegnania się z moimi rodzicami i siostrą, z która staliśmy razem. Patrzę na moich rodziców, myślę, że więcej ich nie zobaczę.(…)

Słychać krzyki i płacz. Każdy musi przejść przez bramę, a z obu stron stoją żandarmi i biją każdego przechodzącego, bez różnicy – mężczyzn, kobiety i dzieci. Ludzie zaczynają porzucać tobołki, gubią dzieci, zrzucają z siebie grube palta, aby było im lżej. Na drodze leżą już liczni zabici, którzy nie mogli nadążyć (…)”.

Antoni Sułowski:

„Około godziny 10 pod strażą rozpoczął się wymarsz Żydów z targowiska ku budynkowi Straży Pożarnej, w kierunku miasta. Tu zastrzelony został Żyd, handlarz pierza. Stąd kolumna podążyła ulica Sandomierską, potem Ożarowską.

Za ciągnącą się na przestrzeni kilometra kolumną pieszą jechały furmanki z chorymi i starcami. Przy skręcie w ulicą Ożarowską niemiecki żandarm zastrzelił drugiego Żyda, Kocimajura, który wypadł z wozu”.

Tragiczny pochód szedł z targowicy i mijał kamienicę Langera (dziś Zalewskich), w której Niemcy urządzili przedsiębiorstwo skupujące owoce i warzywa – Obst und Gemuse Grosshandlug. Pracowała w nim młoda dziewczyna Stanisława Kwiatkowska-Filarowska. Tak wspomina ten dzień:

„Staliśmy i patrzyliśmy na rzekę ludzi wypędzanych z Opatowa. Przy oknie stał kierownik przedsiębiorstwa Niemiec Fritz Rinske, obok Polak – też tu pracujący i ja. W pewnym momencie jakaś kobieta ubrana w kilka ubrań, włożonych jedno na drugie potknęła się, upadła, a eskortujący Żydów Niemiec kopnął ją. Pracownik z Obst und Gemuese – Polak zaśmiał się szyderczo. Fritz Rinske krzyknął na niego: – Raus, raus!

Byłam przerażona całą sytuacją. Spojrzałam na Rinske. Po twarzy Niemca płynęły łzy…”.

Jadwiga Wróblewska:

„Mieszkałam wtedy na ulicy Kilińskiego, w domu blisko wylotu ulicy prowadzącej z Sandomierki na Ożarowską. Miałam jedno  małe dziecko w wózku, drugie na ręce. Wyszłam i stanęłam przy ulicy. Szli i szli. Nagle zobaczyłam, że ktoś mi się kłania. To był mój sąsiad z ulicy Legionów – Mendel Morelbaum. Kłaniał się ze smutnym uśmiechem, jakby żegnał się na zawsze…”.

Maria Krełowska:

„Znajoma Koplowa (nazywała się Kopel) skupowała na wsi jajka i sprzedawała na rynku. Kupiła przed wojną przy ulicy Ożarowskiej pole. Kiedy pędzono Żydów, Koplowa chciała spojrzeć na swoje pole. Ponieważ miała opadające powieki, podniosła głowę i potknęła się. Zastrzelili ją. Potem mówiło się, że Koplowa umarła na własnym polu”.

Eugeniusz Fąfara:

„Stałem nie opodal ulicy Ożarowskiej, którędy przechodzili Żydzi wypędzeni z naszego miasta. Trzymali się rodzinami. Co 150 metrów maszerowali obok kolumny lub jechali na rowerach żandarmi niemieccy. Pochód ten został skierowany do najbliższej stacji kolejowej; do Jasic. (…)

Jeszcze było ich widać, a już zaczęły dochodzić do nas huki wystrzałów. To hitlerowscy żandarmi mordowali tych, którzy nie mogli nadążyć za pochodem. Mordowano nie mających już nawet  tyle sił, by wsiąść na wóz. (…) Na Ożarowskiej zobaczyłem starego Kohena. Leżał zastrzelony. Przed wybuchem wojny, a nawet podczas okupacji, miał sklep z obuwiem.(…)

Żydów wyprowadzano z Opatowa aż do zmroku. Za pierwszym, wielkim pochodem, podążała najpierw mniejsza grupa, a potem druga i trzecia (…)

Gdy w biurze, gdzie pracowałem, rozległa się pogłoska, że Niemcy wypędzają Żydów, wybiegliśmy na dwór. Oczom ukazał się tak wstrząsający widok, że płakaliśmy wszyscy. Szli…szli… Tego widoku nigdy chyba nie potrafię zapomnieć…”

Ignacy Wnuk:

„Byłem wtedy u Maćka Kozińskiego i w grupie kilku osób obserwowałem z przerażeniem kolumnę pieszych i furmanek ze starcami i chorymi Żydami. Niezapomniany kondukt naznaczony już u swego początku śmiercią i bestialstwem Niemców, podążał ulicą Ożarowską w kierunku Brzezia”.

Samuel Willenberg:

„Okrążeni byliśmy przez uzbrojonych Niemców i Ukraińców. Esesmani nie bawili się w żadne ceregiele. Nieszczęśliwego wyciągali z szeregu i kładli w przydrożnym rowie, twarzą do ziemi…”.

Wśród furmanek zmuszonych do udziału w tym kondukcie śmierci był też kuzyn mego ojca – Mieczysław Kucharski. Opowiadał potem, jak jakaś dziewczynka prosiła go, by ją ukrył, wsadził do worka, byłaby cicho jak kartofle… Ale on bał się, obstawa kolumny przez żandarmerię budziła strach w każdym, a konsekwencje pomocy były znane – śmierć.

Szli przez Adamów, Brzezie, Bidziny do Jasic. Jasice to mała wieś, 2 km na północ od Bidzin. Przez Jasice przechodzi kolej relacji Sandomierz – Ostrowiec Św. – Skarżysko Kamienna – Radom – Warszawa.

Do stacji w Jasicach chłopi z okolicy Opatowa i Ożarowa właśnie jesienią w październiku odwozili buraki cukrowe.

Wspomnienia jednego z nich – Mariana Leśniaka – podaje Eugeniusz Fąfara:

„Czekało nas w kolejce do wagi z burakami chyba ze trzydziestu, gdy hitlerowscy żandarmi wraz ze swoimi pomocnikami, dzikimi Ukraińcami i krwiożerczymi Łotyszami, zaczęli załadowywać Żydów opatowskich do wagonów.

Zmęczeni długą drogą na piechotę Żydzi nie mogli utrzymywać się na nogach. Słaniali się wprost ze zmęczenia. Przed każdym zaś z wagonów stało po dwóch żandarmów z charakterystycznym dla nich pozach, z rozkraczonymi nogami – i uderzając Żydów po głowach kijami, odliczali ich, pakując po 150 osób do wagonu (…). Nam, którzy na to patrzyliśmy, serca martwiały ze zgrozy. Byliśmy jednak bezbronni i bezsilni. Co mogliśmy zrobić? Chyba tylko zginąć razem z męczonymi”.

Stanisław Turnau (dziedzic Wlonic, majątku pobliżu Jasic):

„Wczoraj załadowano 7000 Żydów (stacja Jasice), do każdego wagonu musi wejść 140 ludzi (…). Całe te wykańczanie Żydów krew mrozi w żyłach. Trzeba widzieć twarze tych nieszczęśliwych, czekających przed swymi domami na przyjście katów. Wyglądają jak tropiona zwierzyna. W niektórych oczach widać obłęd, w innych jakąś mistyczną rezygnację. Ci ludzie wiedzą, że idą na śmierć. Jest to niesłychane w dziejach święto barbarzyństwa i musi wywoływać oburzenie w duszy każdego uczciwego człowieka (…)”.

Nahman Lustgarten:

„Opowiedzieli nam jak nasi rodzice, siostry, bracia i przyjaciele byli uśmiercani. Ocalało tylko 90, którzy zostali zabrani z transportu i skazani na ciężkie roboty. Jeden z nich opowiadał nam, że w chwili, gdy ładowano ich do wagonów kolejowych, wiedzieli, że są prowadzeni na rzeź. Jeremiasz Nissenbaum recytowała z nimi modlitwę „V’iddui”.

Kilka dni później do tej samej stacji kolejowej w Jasicach przygnano Żydów z Ożarowa, z Tarłowa i z Lipska.

Samuel Willenberg:

„Stłoczeni byliśmy w straszliwy sposób. W normalny wagon bydlęcy wpychano po 120 osób. Z trudem dopchnąłem się do małego, zakratowanego okienka (…).

Na podłodze, przytuleni jeden do drugiego, gnieździli się „wysiedleńcy”. Masa ludzka trwała w bezruchu. Cisza panowała niepodzielnie. Ze wszystkich twarzy przebijała troska. Nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy i co nas czeka. (…)

Mijaliśmy strumienie i stawy. Na horyzoncie zaczął się wyłaniać fioletowy las. Poprzez wierzchołki drzew przebijała się czerwień wschodzącego słońca. Na zewnątrz wagonu był piękny jesienny poranek.

Stłoczeni w wagonie ludzie dopytywali się, czy widzę jakąś stację. Czuli wstrząsy wagonu przetaczającego się po zwrotnicach. Świadczyło to o tym, że przejeżdżamy przez jakąś większą stację. Na jednym z peronów widniał napis – Siedlce”.

Trasa pociągu wiozącego opatowskich Żydów wiodła prawdopodobnie z Jasic przez Ostrowiec Świętokrzyski – Skarżysko Kamienną – Radom – Dęblin – Siedlce, a potem do Treblinki.

Tego dnia do obozu w Treblince jechały też pociągi z ludźmi z Białej Rawskiej, Opoczna, Przysuchy i Terezina, dlatego pociąg z Jasic nie jechał przez Warszawę, ale przez Dęblin i Siedlce.

Dojechali do Treblinki. W jednym z wagonów  był Alter Działoszycki – mieszkający w Opatowie przy ulicy Legionów 8, ponieważ był najwyższy wzrostem, wyjrzał przez okienko i dojrzał napis: Stacja Treblinka.

Samuel Willenberg:

„Pociąg zatrzymał się powtórnie. Nagle poczuliśmy, że jedziemy w odwrotnym kierunku. Nie odrywałem głowy od okienka. Widziałem, że większość wagonów pozostała na stacji, a my z jakąś częścią wagonów byliśmy pchani przez lokomotywę na boczny tor. W czasie powolnej jazdy wagony się chybotały. Po paru minutach z dwóch stron otoczył nas las. Drzewa były bardzo blisko pociągu. Ocierały się o niego. Nagle wśród lasu na torze zobaczyłem baraki, a po chwili ukazała się wysoka sterta butów, wśród których uwijali się ludzie. Wtem las znikł. Znaleźliśmy się na pustej przestrzeni otoczony żywopłotem, który przylegał do drewnianego budynku. Przestrzeń wzdłuż baraku zwęziła się, tworząc peron. Na całej tej przestrzeni kręcili się esesmani z pejczami w rękach.  Przy żywopłocie i wzdłuż baraku stali z karabinami gotowymi do wystrzału żołnierze w czarnych mundurach. W odstępach mniej więcej dziesięciometrowych stali normalnie ubrani Żydzi z niebieskimi opaskami na ramieniu. Wszyscy trzymali w rękach miotły.

Pociąg zatrzymał się. Drzwi otwarły się ze zgrzytem. Wrzeszcząc dziko po rosyjsku i ukraińsku żołnierze w czarnych mundurach kazali nam wyjść z wagonu. Byli to Ukraińcy.

Peron wypełniał się tłumem ludzi. Rodziny dźwigały swój skromny dobytek na plecach”.

To była stacja końcowa podróży i życia 6 i pół tysiąca Żydów z Opatowa. Zostali w Treblince zamordowani. Tu jest ich bezimienny zbiorowy grób.

***

Jedynym uratowanym był Samuel Willenberg, który uciekł z obozu śmierci i przeżył wojnę, a swe losy spisał i opublikował w książce pt. „Bunt w Treblince”. Później do opowieści dodał cykl rzeźb, które pokazują tragiczne sceny zbrodni widziane przez niego w Treblince.

***

 Opatów bez Żydów – 22 października 1942 roku

Aron Sztarkman:

„My, czasowo pozostała młodzież, 50 osób, stoimy ze złamanymi sercami i patrzymy, jak nasi rodzice, siostry i bracia idą na śmierć. Plac jest pusty. Stoimy otoczeni przez silną straż, nie wolno nam się ruszać. (…)

Nadchodzi rozkaz polecający nam uporządkowanie miasta – pozostałości po Żydach. Po pierwsze zbieramy porzucone tobołki. Należy też uprzątnąć wszystkich zabitych. Na placu zbieramy wszystko: złoto i brylanty porzucone przez ludzi, walutę porwana na kawałki, wszystkie cenne przedmioty. (…) Zapada noc. Każdy z nas ledwie stoi na nogach. Wprowadzają nas wszystkich z powrotem do getta. Na ulicach panuje śmiertelna cisza. Leżą tylko martwi Żydzi, zastrzeleni koło swoich domów. Kamienie zbroczone są krwią. (…)”.

Ignacy Wnuk:

„Tego samego dnia przeżyłem wraz z Maćkiem jeszcze jedną scenę, której nie można zapomnieć. Biegając szarówką owego październikowego dnia po okolicznych polach, nagle zawadziłem o coś nogą i rozłożyłem się jak długi. Maciek oświetlił przeszkodę latarką. Zwinięta w kłębek leżała tam zastrzelona młoda Żydówka. Widocznie uciekła niepostrzeżenie z kolumny albo z punktu zbornego, z Targowiska i tu została przypadkiem zidentyfikowania i zabita. Jeszcze jedna ofiara tego strasznego dnia”.

Nahman Lustgarten:

„Drzwi i okna pozostały otwarte, ubrania rozrzucone na ulicach, ponieważ ludzie nie mieli czasu na spakowanie rzeczy.

Pierwszą pracą „grupy sprzątających” było pochowanie zmarłych. Potem podzielono ich na mniejsze grupy, które przeszukiwały domy w poszukiwaniu kosztowności, które wysyłano do Niemiec. Inne rzeczy Niemcy sprzedawali Polakom. Podczas przeszukiwań, które trwały kilka tygodni, znajdowano starych Żydów i dzieci, których Niemcy natychmiast zastrzelili. W domu Izaaka Mandelcisa znaleziono dziecko i zastrzelono je. Inny tragiczny przypadek to przypadek świętej pamięci Chance Szafran, żony Abrahama Bricksa, która zmarła w czasie porodu z dzieckiem. Mąż pochował ich w nocy. (...) Piętnastoletni syn Pinele Lilienblum, który tego dnia został ranny podczas próby ucieczki. Dotarł do jakiegoś domu w pobliżu synagogi i tam się schował. W czasie przeszukiwania został znaleziony i zamordowany przez niemieckiego policjanta (…)”.

Eugeniusz Fąfara:

„Na drugi dzień po tej masakrze na żydowskim cmentarzu w Opatowie leżało wiele trupów. (…) Nieopodal leżał Rotsztajn, urzędnik z magistratu”.

Aron Sztarkman:

„Getto jest teraz ciche i spokojne. Nie ma więcej Żydów. Słychać tylko z dala kroki żandarmów (…). Nadchodzi poranek. Naszym zadaniem jest znalezienie tych, którzy skryli się w piwnicach, zebranie żydowskiego dobytku i złożenie go dla Niemców w synagodze (…).

W pierwszym mieszkaniu znajdujemy starszą kobietę, która nie mogła pójść na wysiedlenie. Niemiec od razu ją zastrzelił. W innym mieszkaniu, w drugim dniu po akcji natrafiamy na małe dziecko. Leży w kołysce. Zimny morderca bierze je na ręce i bawi się nim. Zastanawia się, co z dzieckiem zrobić, ponieważ dzieci nie mogą zostać w getcie, więc je zabija. (…)

Trzeciego dnia po akcji druga grupa znajduje piwnicę, a w niej czterdzieści kilka osób. Najbogatsi w mieście. Przekazuję [niektóre] nazwiska Żydów wykrytych przez Niemców w tej piwnicy:

Szmuel Grinsztajn z żoną i dziećmi,

Heńcia Woreman z dzieckiem,

Sobol z żoną i trojgiem dzieci,

Brandla Lea z mężem i trojgiem dzieci,

zięć Samuela Grinsztajna z Sandomierza,

Abraham Worcman z ojcem, matką, siostrą, z dziećmi,

Chaim Seik Worcman,

Mosze Chomiański z żoną, synem i córką,

Chawcia Kipczyk z dzieckiem (…)

Tragicznie wyglądała ich śmierć na żydowskim cmentarzu. (…) Rozkazano nam pochować rozstrzelanych. Zaczynamy kopać bratnią mogiłę dla wszystkich zabitych. Kładziemy ich jak to jest [w zwyczaju] Żydów. Rozkazują nam nie zasypywać grobu, może jeszcze dostarczą nam zwłoki żydowskie (…)”.

Maria Krełowska:

„W domu na Szerokiej został niepełnosprawny, kaleki chłopak. Znaleźli go i zastrzelili”.

Antoni Sułowski:

„Następnie Niemcy przeprowadzili wyprzedaż pozostawionych w getcie mebli i naczyń oraz licytację domów. Znaleziono w tym czasie przy ulicy Szerokiej jeszcze dwie rodziny żydowskie (10 osób, w tym sześcioro dzieci). Żandarm zastrzelił – jedną na kirkucie, a drugą rodzinę – na cmentarzu.

Na początku listopada 1942 roku Niemcy odkryli jeszcze dwa schowki: w domu Warcmana przy ulicy Iwańskiej (ujęto m.in. właścicieli domu, żonę policjanta Kapłańską, kierowcę i zięcia Warcmanów – Sobola) i przy ulicy Szerokiej. Wszyscy zostali zastrzeleni na kirkucie. (…)

W końcu listopada teren zlikwidowanego getta został zasiedlony przez polskich mieszkańców Opatowa”.

Stanisława Kwiatkowska-Filarowska:

„W budynku synagogi Niemcy urządzili biura i magazyn owoców i warzyw przedsiębiorstwa Obst und Gemuese Grosshandlung. Ściany pobielono, tak że nie było widać żadnych malowideł. U góry na babińcu – do którego wchodziło się po schodach, urządzono biuro. Ławki z synagogi służyły za biurka i krzesła. Na dole – w głównej przestrzeni synagogi – magazynowano skupione owoce i warzywa”.

***

Tak zamordowano Żydów opatowskich, a ślady ich życia zatarto bezpowrotnie.

Przed wojną w miasteczku mieszkało 5 800 Żydów (według spisu ludzności). W księdze przyjezdnych w czasie wojny zarejestrowano 1550 osób, a z Wiednia przywieziono około 500 osób. Na przełomie 1939/40 roku w Opatowie mieszkało około 8100 Żydów. Część z nich wyjechała do innych miast i miejscowości, więc liczby są tu przybliżone.

Samuel Willenberg podaje liczbę wywiezionych do Treblinki na około 7 tysięcy. Liczba między 6 a 7 tysięcy wydaje się wiarygodna.

Dokładnej liczby osób nie można podać. Nie powstały imienne listy transportu ludzi wypędzonych z Opatowa do Jasic i przewiezionych pociągiem do Treblinki.

***

W Opatowie powstała ogromna rana – 60% społeczności zakorzenionej, z dziada pradziada tu żyjącej, w ciągu jednego dnia została pozbawiona dorobku życia czy pokoleń i  wypędzona z rodzinnego miasteczka Apt, a potem zamordowana. Wypowiedziany – a częściej niewypowiedziany – ból po tej stracie, nieprzeżyta żałoba, niewylane łzy wciąż wiszą nad pamięcią opatowską.

Niewielu pamięta, że dzisiaj tzw. park miejski kryje groby wielu pokoleń Żydów opatowskich, biednych i bogatych, uczonych rabinów i prostych rzemieślników; że fabryczka krówek  mieści się w mykwie, miejscu rytualnego obmycia w kulturze żydowskiej. Nikt już w Opatowie nie zna brzmienia języka jidysz, który kiedyś często rozbrzmiewał w domach i na ulicach. Któż zrozumiałaby dziś prośbę żydowskiego dziecka: „Mameli, gibe mije sztikli brojt”?

Nie ma na opatowskim rynku choćby skromnej  tablicy upamiętniających Tych, którzy 22 października 1942 roku odeszli niepożegnani, zostali wkrótce  zamordowani i nie znaleźli spokoju wiecznego w opatowskiej ziemi.

Może słowa z kartki znalezionej w butelce w 2006 roku należałoby zapisać na murach Opatowa- Apt? Ku pamięci Tych, co tu żyli, pracowali, kochali i wszystko im zostało odjęte tylko dlatego, że byli Żydami.

 Maria Borzęcka

Pisane na podstawie:

  • Fąfara E., Gehenna ludności żydowskiej, Warszawa 1983, ss. 130-132, 134-135.
  • Wspomnienia Arona Sztarkmana, [w:] Grynberg M. (red.), Życie i zagłada Żydów polskich 1939 – 1945, Warszawa 2003, ss. 201-206.
  • Wspomnienia Nahmana Lustgartena, [w:] Lis A., Żydzi w Opatowie, Sandomierz 2016, ss. 61-72.
  • Sułowski A., U podnóża Gór Świętokrzyskich, Warszawa 1987, ss. 31-32.
  • Turnau S., Pamiętnik z wojny 1939-1945, Kielce 2014.
  • Willenberg S., Bunt w Treblince, Warszawa 2004, ss. 5-7.
  • Wnuk I., Grodzicka M., Opatowskie obrazki. Wspomnienia, cz. II, Kielce 1998, ss. 96-99.
  • Żychowski A., 500 lat osadnictwa żydowskiego w Opatowie, Warszawa 2017.

Relacjami ustnymi podzieliły się panie: Stanisława Kwiatkowska-Filarowska i Maria Krełowska oraz inne wymienione w tekście osoby już nieżyjące.

Drukuj