Pisząc o Żydach mieszkających w Opatowie zazwyczaj  pokazuje się centrum miasta: rynek – dziś Plac Obrońców Pokoju (kiedyś – pl. Wilsona), ulice Wąską, Szeroką (kiedyś ul. Berka Joselewicza), Staro Wałową i Zatylną. W tym obrazie z pola widzenia giną ci, którzy mieszkali na przedmieściach, bo nie pasują do stereotypowego obrazu Żyda.

Obrzeża-peryferie miasteczka przyrastają powoli, zawsze prowadzą gdzieś poza, kończą się w polach, na łąkach, giną w wąwozach. Przedmieście bliższe jest krajobrazowi wiejskiemu niż miejskiemu. Tak było i jest w Opatowie. Niemal każdy na przedmieściu miał ogród, podwórko z kurami, czasem i dziś pieje tu poranny kogut. Do niedawna zobaczyć można było i prawdziwe zabudowania gospodarcze, a konie, krowy nie należały do rzadkości. Każdy miał swój kawałek ziemi  lub dzierżawił  go w granicach lub poza granicami miasteczka.

A przedmieście – w odróżnieniu od centrum – nie zmienia się szybko, zostają te same rzeki, domy, ogrody, tylko ludzi mieszkających tu dawniej brak... Kiedyś (dziś także) chcąc z przedmieścia Opatowa udać się na rynek, powiadało się – idę do miasta.

Ulica, którą chcę odbyć podróż w czasie, prowadzi z miasteczka  na zachód ku Łagowowi. Zmieniała ona często swą nazwę: najpierw przed wojną Łagowska, potem Legionów, w czasie wojny – Młyńska, potem na powrót Legionów (od 1948), od lat 50. – Armii Czerwonej, aż do 1990 r. kiedy to wróciła do przedwojennej nazwy – ulica Legionów. Będę używać dwóch skrajnych nazw zamiennie - ul. Łagowska i ul. Legionów, bo do dziś zwyczajowo tak się mówi. (Analiza samych nazw ulicy to ciekawy trop polityki historycznej zmieniającej się władzy lokalnej i państwowej.)

Aby wejść na główny zachodni trakt od miasta – na ulicę Łagowską, trzeba koniecznie przekroczyć rzeczkę – dopływ Opatówki, płynący zakolami wyżłobionymi w lessowym wąwozie od strony Marcinkowic, która łączy się przy dawnej posesji Mandelbauma  z Opatówką (Łukawką), zdążającą od stóp Góry Truskolaskiej i dalej Doliną Opatówki zmierzając do Wisły.

Przemieście zachodnie Opatowa leży w widełkach tych dwóch rzek. Niby niedaleko stąd do kolegiaty i rynku, ale żyje się tu własnym rytmem na uboczu od centrum miasta. A kiedy z przeciwnej strony – jadąc od Łagowa – wjeżdżało się do Opatowa, trzeba było zjechać ostro w dół, by zanurzyć się w lessowym wąwozie. Kiedyś – przed erą samochodowej dominacji – ta stroma droga zmieniała się zimą w naturalną zjeżdżalnię dla sanek, bezpieczną, bo ruch był niewielki, przejeżdżały tylko sanie konne, rzadko samochody. A śniegi bywały wysokie, mrozy tęgie, sanna przednia.

Przed II wojną  światową i długo po niej tą drogą od Łagowa w każdą środę na targ ciągnęły z okolicznych wiosek  fury ze zbożem, bydłem, kobiety z kurami, obładowane koszami z jajami, nabiałem zawiniętym troskliwie w liście chrzanowe…

Ale wróćmy na mostek na rzeczce na początek ulicy Łagowskiej, a w czas przeszły,  przedwojenny przeniosą nas wspomnienia Moszego Grinsteina:

„Rzeka zaczynała się jako mały strumyk, zasilany przez inne źródełko, daleko za chrześcijańskim cmentarzem, i wiła się wolno obok domu Borkowskiego (wieloletniego burmistrza Apt), obok Szkoły Polskiej przez ogród Jankiela Badera, przecinała drogę Łagowską  pod mostem i przepływała pomiędzy budynkami fabryki mydła, świec i chemikaliów Mandelbauma, aż do drogi na Ostrowiec, gdzie wielki żelazny most prowadzi do Bramy z wysokim historycznym murem (…).

W każdy Szabas  Żydzi z Apt, szczególnie młodzi, wychodzili na pole nawadniane przez rzekę, gdzie rosła piękna, dzika roślinność. Tu mieli piknik, rozkładali się na trawie i cieszyli się szabasowym odpoczynkiem pod błękitnym niebem (…)”.

Jak bardzo życie Żydów związane było z tymi rzeczkami, można zobaczyć na obrazach Mayera Kirschenblatta – wyprawy na majówkę, kąpiele, łowienie ryb. Pamiętam, że w czasach 60. i 70., wciąż rzeka była żywa, przyciągała dzieci i młodzież. Dziś płynie smutno, z daleko omijana, mało użyteczna.

***

Zanim w tej wędrówce przekroczymy most na rzece, na chwilę zatrzymajmy się tuż przed nim na ulicy Łagowskiej 2. Tu gdzie dziś rośnie dziki i gęsty zagajnik, a czasem kryją się  wstydliwie w bezpiecznych zaroślach amatorzy piwa, stała mydlarnia Lejzora Mandelbauma, część większego przedsiębiorstwa pod nazwą Kantoria. Tu produkowano znane w Polsce mydło palmowe marki Słoń.

Zakład został założony w 1893 r., a potem po ojcu przejął go syn Mieczysław Mandelbaum – inżynier chemik. Zakład Kantoria miał jeszcze olejarnię na ulicy Kilińskiego. Z reklam firmowych można wyczytać, że produkowano olej: kokosowy, rycynowy, rzepakowy, lniany, konopny i pokost oraz oleiny, gliceryny i stearyny, a także świece stearynowe i parafinowe.

Mieczysław Mandelbaum z rodziną miał dom w Warszawie (na ul. Ceglanej 9, tel. 184-72) i też tam dział mydeł toaletowych, kosmetyków i perfum.

Duże straty (sięgające 700 tys. złotych) spowodował pożar w 1938 r. w Mydlarni, wskutek którego 75% zakładu zostało zniszczone (ze sprawozdania z 2 września 1938 r., ze Starostwa). Opowiadano mi w rodzinie, że temperatura palącego się tłuszczu była tak wysoka, a kawałki rozżarzonego tłuszczu  tak mocno strzelały w powietrze, że obawiano się o dom dziadków, choć był w miarę oddalony i polewano go wodą.

Do legendy opatowskiej należy opowieść, że sam właściciel Mandelbaum obserwował pożar z góry z samolotu, którym krążył nad Opatowem. Ile w tej legendzie prawdy, nie wiadomo.

Na zdjęciach z czasu wojny widać piękną ruinę, mury z wypalonymi oknami budynku zakładu. Część mieszkalno-biurowa od strony mostu ostrowieckiego ocalała, odbywały się tam nawet zajęcia tajnych kompletów (opowieści Stanisławy Filarowskiej). Inne części Zakładu Kantoria działały podczas wojny pod zarządem niemieckim.

Mieczysław Mandelbaum z żoną Ireną i synem Ludwikiem opuścił Polskę po wybuchu wojny  w 1939 r. i przez Rzym dotarł do Palestyny.

 – Mądrze zrobił, w porę uszedł przed najgorszym! – komentowała moja rodzina.

Z paszportu nr 729/12/39 wydanego przez Ambasadę Polską w Rzymie 1 grudnia 1939 r. można dowiedzieć się, że urodził się w Opatowie w 1899 roku. Był średniego wzrostu, miał ciemnie włosy i niebieskie oczy. W znakach szczególnych zapisano: brak palców lewej ręki.

W paszporcie ojca Mieczysława  jest też zdjęcie syna Ludwika, 6-letniego chłopca, poważnie i uważnie patrzącego na fotografa oraz żony Ireny – pięknej, uśmiechniętej kobiety.

W porę wyjechali, zanim drzwi Historii się zatrzasnęły…

***

Tuż za mostem (idąc od miasta) po lewej stronie stał duży drewniany parterowy budynek – ul. Łagowska 1, zwany starą mykwą. W XIX w. była tu żydowska łaźnia, na planie z 1864 r. (znalezionym w Archiwum Głównym Akt Dawnych w Warszawie) opisano jej położenie: „nad rzeką za Miastem”. Mayer Kirshenblatt wspomina, że był w niej ze swoim dziadkiem w końcu lat 20. XX w. i zażywali w niej kąpieli przed szabatem. Przed drugą wojną urządzono nową mykwę przy ulicy Iwańskiej, a stara służyła jako dom starców, którym opiekowała się gmina żydowska (w spisie właścicieli budynek ten należał do Izraela Rozenberga). W latach 30. mieszkali tu starzy, samotni ludzie, którzy nie mieli rodziny. Moja ciotka Helena wspominała, że idąc do tzw. czerwonej szkoły za mostem (w latach 1932–1936), codziennie mijała ten dom. W ciepłe dni na ławeczce przed domem siedziała stara Żydówka i robiła na pięciu drutach rękawiczki. Młodą dziewczynę bardzo te robótki fascynowały. Dom ten już nie istnieje, w czasie wojny został spalony. Stał w złym miejscu tuż koło mostu, który Niemcy cofając się przed nacierającym od wschodu frontem w styczniu 1945 r. wysadzili w powietrze.

Po wojnie na placu po starej mykwie z tyłu stał transformator, a od frontu ktoś na skrawku ziemi sadził kartofle i warzywa.

Po tej samej stronie ulicy – Legionów 3 – stoi duży murowany młyn Izraela Rozenberga. Zaliczał się on do najbogatszych Żydów w Opatowie (obok rodziny Mandelbauma). Młyn działał jeszcze w 1940 r., a zarejestrowany był wtedy jako "Młyn motorowy. Bracia Goldman i Rosenberg". W książce telefonicznej z 1938 r. miał numer telefonu 35. W ostatniej książce telefonicznej z 1941 i 1942 (gdy Niemcy zabronili Żydom prowadzić przedsiębiorstwa) ogólnie został określony jako handel, ale miał telefon numer 30.

Po wojnie sam młyn długo był czynny. Ustawiały się przed nim kolejki furmanek ze zbożem do zmielenia. Mąkę robiono w dwóch sortach: pytlowa i poślednia. W otwartych szeroko wrotach stał biały od mąki młynarz – pan Sadaj i jego „pomocnik” – umączona pani Majewska.

Dziś w dawnym młynie wyremontowanym i unowocześnionym działa hotel i restauracja – Miodowy Młyn, w nazwie przechowując pamięć historii obiektu.

Po drugiej stronie ulicy – Legionów 4 stoi dom Rozenbergów. Zbudowany został przed wojną. To duży, nowoczesny dom, z czerwonej cegły, wysoki parter z rozbudowanym mieszkalnym poddaszem. Parter domu wynajmował przed wojną rejent opatowski pan Byczkowski, a gospodarze zajmowali górę.

Rodzina Rozebergów była zasymilowana. Dzieci posyłali do Gimnazjum Koedukacyjnego im. Bartosza Głowackiego. Na zebraniu Rady Rodziców z 15.11.1931 r. obecni byli oboje rodzice – Izrael i Matla Rozenbergowie (według protokołu  z archiwum szkolnego). Podpisali się też pod protestem rodziców wobec próby odwołania księdza Antoniego Pruegla ze stanowiska dyrektora gimnazjum. Ich córka uczyła się grać na pianinie u organisty z kolegiaty opatowskiej.

W 1940 r. do Rozenbergów przyjechała rodzina z Puław Fajkuchen: Abram Hersz (ur. 1898) i Łaja Szosia (ur. 1895) wraz z synem (ur. 1924) i mieszkali tu do sierpnia 1941 r., kiedy to wszyscy musieli opuścić ulicę Łagowską i przejść do getta.

Po wojnie w tym domu dach nad głową znalazła grupa ocalałych z Holokaustu Żydów. W spisie meldunkowym znaleźć  można 15 osób. W dniach 10 i 22 sierpnia 1945 r. doszło do bandyckich napadów na mieszkańców domu. Śmierć poniósł Lejb Zylberberg mający 53 lata (urodził się w Opatowie w 1892 roku). Strzelanina była tak wielka, że sąsiedzi z okolicznych domów pochowali się w piwnicach, myśląc, że to następna wojna. Żydzi ci poczuli się zagrożeni i opuścili ten dom i Opatów.

Po wojnie na parterze budynku mieściła się Przychodnia Zdrowia, a potem Przychodnia Przeciwgruźlicza, górę zajmowali prywatni właściciele. Dziś całość jest w prywatnych rękach, a dół zajmuje sklep spożywczy.

Obok domów Rozenbergów – ul. Legionów 8 stoi murowany dom, piętrowy, przed którym zawsze stała figura, stąd mówiło się „dom za figurą” (dziś trochę przesunięto ją w stronę domu Rozenbergów). Wystawiona została w 1848 r. przez legionistę Napoleońskiego w formie krzyża z napisem: „Józef Korotyński na chwałę Boga przedwiecznego”.

Właścicielem tego domu przed wojną był Lejzor Wrocławski, który zajmowała się handlem. Mieszkał tu także z rodziną Szlama Dawid Wrocławski, krawiec. Na parterze domu mały sklep spożywczy, zajmujący niewielkie pomieszczenie z wejściem od ulicy, należał do Joska Wrocławskiego. W domu mieszkali różni lokatorzy. Jednego udało mi się ustalić. Z pewnością mieszkał tu Ałter Działoszycki. W pismach urzędowych często występuje jako handlarz. W rejestrze z 1940 r. widnieje jeszcze wpis, że skupuje on nasiona i zboża, ale w sierpniu tego roku zlikwidował swą działalność.

Miał on siostrę Piwę z Działoszyckich Herszman, która 17 marca 1942 r. urodziła córkę Leę, a brat zgłosił ten fakt do urzędu miasta.

W księgach Urzędu Miasta rejestrującym zgony Ałter Działoszycki pojawia się jako świadek kilka razy. Dnia 12.08.1940 r. o godzinie 11 „stawili się Ałter Działoszycki, lat 33, i Pinkwas Ajzenman, lat 37, obaj handlarze i oświadczyli, że w dniu 12.08.1940 roku o godz. 2 zmarł w szpitalu urazowym Zysman Frajlich, syn Jakuba Joska i Ruchli z d. Ajenberg, urodzony 3.08.1930”. 

W 1942 r. Ałter zaświadczył też o śmierci na zapalenie opłucnej Josefa-Barucha Szrajbmanna oraz na tyfus plamisty i obrzęk płuc Beniamina Wajnberga.

Ałter Działoszycki był bardzo aktywny, na zdjęciu sprzed 1939 r., zamieszczonym w książce Andrzeja Żychowskiego, widać go na zdjęciu Betaru – prawicowej organizacji syjonistycznej. 

W Urzędowej Książce Telefonicznej Generalnego Gubernatorstwa z 1941 r. Ałter miał własny numer telefonu 58 (a numerów nie było wtedy wiele!).

W czasie wojny w domu na Legionów 8 został zameldowany Nachman Działoszycki (ur. 1863 w Wiślicy), który przybył do Opatowa z Pacanowa 1 listopada 1941 roku. Być może był on ojcem Ałtera. O tym, że sam Ałter odznaczał się wysokim wzrostem, dowiedziałam się z relacji opisującej przybycie opatowskich Żydów do Treblinki. Stał przy małym zakratowanym okienku wagonu i głośno czytał nazwę stacji końcowej – Treblinka.

Dom na Legionów 8 stoi do dziś. Do lat 80. w sklepiku Joska działał sklepik spożywczy Społem. Dom przeszedł na skarb państwa i mieszkają tam różni lokatorzy. Niewiele zmieniły się mieszkania – są to jedno- lub dwu izbowe, z piecami. W podwórku stoją niewielkie oficyny i szereg komórek. Przy Opatówce – od północy oblewającej podwórko – jak przed wojną jest studzienka – źródło z dobrą wodą pitną.

Po drugiej stronie ulicy, troszkę dalej pod numerem Legionów 13 stała jeszcze do niedawna obszerna kamienica. Był to dom murowany, parterowy z rozbudowanym poddaszem przeznaczonym na mieszkania, z jednej strony domu wykorzystano nierówność terenu i zbudowano suterenę, też mieszkalną. Na odkrytym bez dachu balkonie od podwórza budowano na Święta Namiotów z gałęzi kuczkę.

Dom należał do Szmula Zalcmana. Mieszkania w nim były jedno lub dwuizbowe (pokój i kuchnia), a mieszkały w nich liczne rodziny (wg spisu z 1931 r. w Polsce na mieszkanie przypadało 4,9 osoby, a ogółem w mieszkaniach 2-izbowych gnieździło się 79,4% mieszkańców Rzeczpospolitej).

W rejestrach właścicieli domu można znaleźć: Szmula, Szlamę i Jankiela (Jakuba) Zalcmanów. W czasie wojny zameldowane tu było więcej osób.

Mieszkała tu Maria Glika Fajnkuchen (ur. w Opatowie w 1921 r.), która przybyła z Puław; rodzina Hochmanów (też z Puław) – Bencjan z żoną Esterą i maleńką córką Rut oraz krótko przybyła z Łodzi rodzina Kupferów – Chaim, Frajda wraz z małą córka Łają.

Szmul Zalcaman był handlarzem zboża, a w środku kamienicy miał od frontu mały sklepik spożywczy prowadzony przez żonę; bardzo skromny, połączony z mieszkaniem, już za jajko można było coś kupić.

W pierwszej sieni po lewej stronie mieszkała stara młynarka, wdowa – Hinda Necka Goldmanowa. Po świętach Pesach przynosiła do sąsiadów – moich dziadków – macę. Mama zapamiętała stąd króciutki wierszyk: „Mace cace, brojt nie cace”.

Jankiel i Szloma Zalcmanowie handlowali zbożem z sąsiadami, bo wielu mieszkańców z ulicy Łagowskiej miało pola uprawne. W podwórku domu stały murowane komórki, gdzie mieszkańcy trzymali opał. Dom nie miał ani kanalizacji, ani nawet studni w podwórzu. Jeszcze po wojnie nowi lokatorzy tego domu chodzili po wodę naprzeciwko do Kulikiewicza, a brudną wodę wylewało się do rynsztoka. Około 2000 r.– relacja pani Jadwigi Wróblewskiej – pojawił się na Łagowskiej potomek Szmula Zalcmana z rodziną, w chasydzkim stroju (z Kanady) i szukał kogoś z rodziny. Pytał ją, czy ktoś wrócił po wojnie. Zapadło ciężkie milczenie.

Kamienica w języku potocznym nazywana była pożydowską jeszcze długo po wojnie. Służyła za mieszkanie wielu rodzinom, a warunki życia nie różniły się od tych przedwojennych. Nie robiono remontów, jedynym osiągnięciem pod koniec lat 90. było doprowadzenie wody. Powoli wysiedlano lokatorów albo sami się wynosili. Trwało to do 2018 roku. Urząd Miasta sprzedał dom  w prywatne ręce, który  został szybko zburzony i pozostał po nim tylko skrawek czerwonego muru granicznego z sąsiednią posesją.

Na chwilę z ulicy Legionów zboczmy w lewo w ulicę Dorzeczną. W domu się mówiło na tę uliczkę Wągródki, może dlatego, że z ulicy Legionów schodzi się wąwozem do rzeczki i dalej w prawo skręca ku Marcinkowicom.

Na Dorzecznej 4 w maleńkim domku, raczej domeczku, mieszkał Abram Icek Zylberman, który był z zawodu murarzem. Niewiele o nim wiemy. Dziś malutki plac został włączony do sąsiedniej posesji.

W czasie wojny w 1940 r. pod swój dach przyjął Abram trzyosobową rodzinę Kupferów z Łodzi z małym dzieckiem, a także w 1941 r. Lejbusia Sztarkmana z Warszawy. Jak się tam pomieścili?

Tuż przed domem Abrama rzeczułka zdążająca od Marcinkowic robiła piękne zakole, rozlewne, by dalej zmierzać leniwie ku miasteczku.

Płukano w tej rzece upraną bieliznę jak przed wojną tak jeszcze w latach 70. XX w., a przed wojną Żydzi stali nad nią i modlili się w święto Rosz ha-Szana, zwane też Świętem Trąbek, czyli w żydowski Nowy Rok. W czarnych chałatach i w czarnych kapeluszach wyglądali jak na obrazie Gierymskiego (w proporcji prowincjonalnego miasteczka). Jednym z rytuałów tego święta jest wyrzucanie grzechów (taszlich), opróżnianie kieszeni ubrania z wszelkich okruchów i paprochów.  Nie każda rzeka nadaje się do przyjęcia grzechów. Musi płynąć i muszą w niej żyć ryby. A w tej pływały rybki, a nawet raki (nawet w latach 70. XX wieku!). Wody rzeczki niosły grzechy do Opatówki, dalej do Wisły i do morza. Żydzi kiwali się jak płonąca świeca nad rzeczułką i modlili się tu przez stulecia. Dla sąsiadów mimo długiej obecności wciąż byli obcy, bo nie znali ich języka, kultury i religii.

W Opatowie przed wojną było wielu antysemitów, a w edukacji dzieci antyżydowskie wierszyki podsycały te nastroje. Dlatego w tych rozmodlonych Żydów chłopcy rzucali bryłami. Gdyby rozumieli religijne znaczenie tego rytuału, może inaczej by się zachowali?

Po wojnie brzeg rzeczułki wyłożono macewami z żydowskiego cmentarza, przywleczonymi z drugiego końca miasteczka, a ponieważ nie było w tym miejscu mostu, fury z Marcinkowic przejeżdżały wbród rzeczułkę, a ludzie przeskakiwali z macewy na macewę, nie zastanawiając się, po czym depczą… Dziś jest tu mostek, a kamienie nagrobne zniknęły w okolicy.

Wracając na ulicę Legionów, stańmy przed nieistniejącym domem pod numerem 26.

Był tu drewniany, mały dom, dwuizbowy, przytulony plecami do lessowej ściany wąwozu. Właścicielem skromnego domku był Mendel Morelenbaum. Zajmował się z żoną Esterą skupem zboża i nasion, prowadzili też skład do przechowywania towaru (położony powyżej domu na lessowej grębie). W Księdze adresowej firm z 1930 roku już widnieje jego firma.

W swych wspomnieniach Mayer Kirshenblatt opowiada o odwiedzinach u dalekich krewnych swej matki, którzy na Łagowskiej mieli drewniany domek. Być może to o nich pisał. Zapamiętał, że wokół rosły krzaki, drzewa (w pamięci zachował piękne bzy, które na Łagowskiej rosły w każdym ogródku). Kuzyni owi kupowali krowy, hodowali je jakiś czas, a potem sprzedawali. Do wodopoju w rzece na Dorzecznej mieli blisko. Niezapomniany smak – wspominał Mayer – miało zimne mleko w skwarny, letni dzień.

Na tej posesji na rogu ulicy Łagowskiej i Zochcińskiej stała (i nadal tu jest) studnia z korbą. Morelenbaumowie byli chasydami, z sąsiadami dobrze żyli. Z relacji sąsiadki z vis a vis Jadwigi Wróblewskiej w dzień wysiedlenia Żydów z Opatowa przez Niemców (22.10.1942 r.) stała ona na rogu ulicy Kilińskiego i Sandomierskiej i poznała Medla w tłumie ludzi. On ukłonił się jej z daleka ze smutnym uśmiechem, jakby żegnał się z sąsiadami na zawsze.

Ze studni Morelbaumów po wojnie długo korzystali  sąsiedzi, nawet niektórzy dźwigali dwa wiadra zawieszone na jarzmach do domu na  samej górze ulicy Łagowskiej. Dom ten już od wielu lat nie istnieje.

Po sąsiedzku na Legionów 28 stoi dom Udli, córki Morelenbauma, z charakterystycznym ściętym jednym  rogiem. Jest to dom murowany, parterowy, z rozbudowanym poddaszem. Obok stoi spichlerz i stajnia. Jako właścicieli w dokumentach przedwojennych zapisano: Grojsman Kalma – Mendel und Morelenbaum Szmul und Eckerland.

Dom tylną ścianą przytulony jest do lessowej skarpy wąwozu. Mieszkała tu Udla  z mężem Nachmanen Grojsmanem, a na pięterku , na stryszku brat Udli – Szmul Morelenbaum.

Na rogu (tym ściętym) Udla miała mały sklepik spożywczy, łączący się z jej mieszkaniem.

Do następnego domu musimy się wspiąć pod górę. Idąc w tym miejscu Łagowską czuje się zarys niegdysiejszego wąwozu lessowego, spadzisty i wymagający wysiłku. Stoimy przy Legionów 29.

W spisie właścicieli tego domu z 1940 r. figuruje Icek Zalcman (handlarz zbożem) mieszkający na Joselewicza 64. W spisie powojennym (1957 r.) jako właściciele zostali zapisani: Szmul Lubliner i Stanisław Rembisz.

Był to dom drewniany, parterowy, trzyizbowy, stojący frontem do ulicy. Miał charakterystyczne okiennice. W podwórku stał mały domeczek, gdzie mieszkał Choim, o którym żadne spis nie wspomina. Po wojnie długo  ta chatka służyła za dom pani Majowej. Dom Zalcmana niedawno został rozebrany.

Tuż za nim na Legionów 31 była wysoka skarpa – znów ślad po wąwozie – na której stał drewniany dom czteroizbowy. W każdej izbie mieszkała inna rodzina z kilkorgiem dzieci, a w sieni stały 4 kozy, należące do każdej z rodziny. Kozy-żywicielki w dzień pasły się na rozległej skarpie, a na noc chowały w sieni.

Dom ten w połowie należał do Froima Grynblatta, a w drugiej do Leona Olbrychta. Do posesji należała duża, głębinowa studnia w dole tuż przy drodze do Łagowa. Dziś zupełnie zniknęła skarpa, dom na niej i studnia (pewnie woda płynie nadal pod nieustannie rozszerzającą się drogą). Dom ten stał jeszcze po wojnie, potem został rozebrany i dziś ślad po nim zaginął. Został tylko w pamięci mojej rodziny.

Z tym domem łączy się też rodzinna  opowieść. Grynblatt w tajemnicy przed żoną sprzedał kawał ziemi i za to kupił córce bilet do Ameryki. Kiedy żona się o tym dowiedziała, przybiegała na podwórko do dziadków i lamentowała:

 – Oj, wy katoliki, katoliki!

Nie mogła wybaczyć straty ziemi. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że to uratowało córkę przed Zagładą.

Ostatnim domem, który trzeba odwiedzić w naszym spacerze, to dom przy Legionów 58 (?). Stoi do dziś – murowany, parterowy o trzech izbach, ze stodołą i murowanym chlewem, a za domem – z dużym sadem. Należała ta posesja do Izraela Morelbauma, brata Udli Grojsman (mieszkającej na dole wąwozu przy Legionów 28). Nazywano go imieniem Srułka, bo to zdrobnienie do imienia Izrael.

Izrael miał ziemię i prowadził gospodarstwo, a przy tym prowadził działalność gospodarczą, w 1940 r. w spisie znalazłam tego ślad: skup i skład zboża i nasion.

W czasie wojny w tym domu został też zameldowany Chaim Mordka Goldman z Ostrowca (1941), który potem wrócił do siebie. A także figuruje tam Jakub Moszek Frynger (ur. w 1912 r. w Warszawie), przybyły tu z Warszawy 15 maja 1941 r., który potem przeniósł się na ulicę Staro Wałową.

Podobno Izrael Morelenbaum (Srułka) przeżył wojnę, podobno ukrywając się w pobliskiej wsi Tomaszowie. Podobno.

 Wszyscy Żydzi z ulicy Łagowskiej zostali zmuszeni do wyprowadzenia się ze swoich domów i mieszkań i przeniesienia się do getta utworzonego w obrębie ulicy Wąskiej, Szerokiej (Berka Joselewicza), Staro Wałowej i Zatylnej. Getto zostało utworzone  maju 1941 r., choć nie było zamknięte, to za opuszczenie go karano Żydów bardzo surowo.

W spisie powojennym nieruchomości znalazłam jeden wspólnoty adres – Szeroka 86, a pod nim wpisani:

Szmul Zalcaman, Mendek Morelbaum, Nachman i Udla Grojsman, Morelebaum Szmul, Lubliner Szmul, Izrael Morelenbaum, Abram Zylberman (z Dorzecznej 4), Izrael Rozenberg i Lejzor Wrocławski. Są w tym spisie wymienieni sami  właściciel domów z ulicy Legionów, a za każdym z nich stoi rodzina, zazwyczaj liczna i lokatorzy. Jak to było możliwe, aby wszyscy mieszkali pod jednym adresem? Może to adres instytucji zajmującej się domami  po wojnie tzw. Zarządu Domów Pożydowskich i Bezpańskich?

Wszystkich – biednych i bogatszych stłoczono w getcie. Cóż mogli zabrać ze sobą? Tylko rzeczy osobiste, cenniejsze, za które można było kupić jedzenie, lekarstwo.

Szeroka to ich ostatni adres w Opatowie. Mieszkali tam do 22 października 1942 roku. Stąd zostali brutalnie wypędzeni na targowicę – opatowski Umschlagplatz – a potem kilkanaście kilometrów pędzono wszystkich pieszo do stacji kolejowej w Jasicach, by dalej w bydlęcych wagonach zawieźć do Treblinki.

A na Łagowskiej? Sąsiedzi patrzyli na opustoszałe domu po przesiedleniu Żydów do getta. Z początku Niemcy zaplombowali opuszczone domy. Potem zajął się nimi niemiecki Urząd Komisaryczny Zarządcy Nieruchomości, na którego czele stał w Opatowie od 1940 r. Leon Uklejewski z Inowrocławia.

Po zamordowaniu  narodu żydowskiego z Opatowa  ich własność zajęli Niemcy, cenniejsze rzeczy poszły do Trzeciej Rzeszy, część wywieziono żołnierzom na front wschodni, a pozostałe rzeczy sprzedawano ludności polskiej. Domy – odtąd zwane pożydowskimi – były powoli zasiedlane, niektóre sprzedawane. Do dziś wiele osób mieszka w nich, nie znając historii domów, mieszkań i ich mieszkańców.

Tamten świat się skończył, żyć może tylko w opowieściach, w pamięci żyjących.

 Maria Borzęcka

Bibliografia

  •  Żychowski A., 500 lat osadnictwa żydowskiego w Opatowie, Warszawa 2017.
  • Kirschenblatt-Gimbelt B., They called me Mayer July, Berkley 2007.                                                                                                                                              
Drukuj