Portret z kulą w szczęce

 

1.

Wyruszyliśmy wczesnym rankiem.

Jechaliśmy na wschód.

Blatt musiał sprawdzić, czy wrócił na miejsce zbrodni Marcin B.

Dawno temu Marcin B. kazał zabić trzech ludzi. Jeden leży zakopany w stodole Marcina B. Drugi leży w lesie Marcina B. (stodoła i las znajdują się we wsi Przylesie). Trzecim, który miał zginąć, jest Blatt. Kula dla niego przeznaczona tkwi od pięćdziesięciu lat w jego szczęce.

Blatt przyjeżdża z Kalifornii. Był w Polsce trzydzieści kilka razy. Za każdym razem jechał na wschód, do wsi Przylesie. Sprawdzał, czy jest Marcin B. Marcina B. nie było i Blatt wracał do Kalifornii.

 

2.

Miał do przejechania zawsze te same pięćset kilometrów, więc pożyczał albo kupował używany samochód. Później mu go kradli, czasami go rozbijał albo zostawiał w prezencie. Był to zwykle maluch lub stary fiat, Blatt nie lubił zwracać na siebie uwagi. (Może pani mówić Tomek, powiedział pierwszego dnia. Ewentualnie Tojwełe, jak mówiono w dzieciństwie. Albo Thomas, jak wpisano w paszporcie amerykańskim. Nadal myślałam o nim Blatt, mimo tylu możliwości).

Jechaliśmy na wschód.

Słońce wpadało przez przednią szybę. W jaskrawym świetle skronie Blatta były zupełnie siwe, chociaż nad czołem miał ciemnorude włosy.

Spytałam, czy sobie te włosy farbuje. Wyjaśnił, że to nie jest farba, tylko specjalny płyn. Rano, przy czesaniu, leje się na grzebień kilka kropli. Amerykański, domyśliłam się. Skinął głową, najnowszy wynalazek.

Blatt był niewysoki, ale masywny i krzepki. Łatwo go sobie wyobrazić przed lustrem: krótka szyja, szeroki tors, podkoszulek i butelka najnowszego amerykańskiego płynu przeciw siwiźnie. Ale ten obraz nie powinien budzić ironicznego uśmiechu. Dzisiejsza siła Blatta jest tą samą, która mu kazała przeżyć. Siłę Blatta trzeba traktować poważnie. Podobnie jak jego miłosne historie, wszystkie z blondynkami. Żydowska powojenna miłość musiała być blondynką. Tylko Aryjka o jasnych włosach uosabiała lepszy, bezpieczny świat.

Kuzyn Blatta, Dawid Klein, mieszkał przed wojną w Berlinie. Przeżył Oświęcim, wrócił do Berlina, w mieszkaniu zastał nowych lokatorów. Nie trzeba się denerwować, powiedzieli, wszystko jest na swoim miejscu. Istotnie, każdy drobiazg odnalazł tam, gdzie go przed wojną zostawił. Ożenił się z ich jasnowłosą córką. Była wojenną wdową po oficerze SS. Kuzyn Blatta wychowywał ich syna. Kiedy żona zakochała się w młodszym, kuzyn Blatta umarł na serce. (Zadzwoniłam w Berlinie do ich córki. Słuchawkę podniósł mąż. Powiedziałam, że chcę porozmawiać o Dawidzie Kleinie, tym, który przeżył Oświęcim. Usłyszałam, jak woła do córki Dawida Kleina, swojej żony: „twój ojciec przeżył Oświęcim?”).

Staszek Szmajzner, jubiler z Sobiboru, wyemigrował do Rio. Ożenił się nie z Aryjką wprawdzie, lecz za to z Miss Brazylii. Rozstali się. Staszek pojechał do dżungli i pisał książkę o Sobiborze. Kiedy skończył, umarł na serce.

Hersz Cukierman, syn kucharza z Sobiboru, pojechał do Niemiec. Aryjska żona porzuciła go i Cukierman się powiesił.

I tak dalej.

Blatt nadal pisze swoją książkę.

Jechaliśmy na wschód.

Blatt chciał sprawdzić, czy Marcin B. wrócił do wsi Przylesie.

 

3.

Mijaliśmy dawne żydowskie miasteczka: Garwolin, Łopiennik, Krasnystaw, Izbicę. Tynki były spłowiałe, z brudnymi zaciekami. Drewniane, parterowe domki zapadały się w ziemię. Zastanawialiśmy się, czy ktoś w nich mieszka. Chyba tak, bo w oknach stały doniczki pelargonii owinięte białą karbowaną bibułką. Niektóre parapety były wyłożone watą. Srebrzyły się na niej nitki, zwane włosami anielskimi, leżały pewnie od Wigilii. Drzwi barów były otwarte. Przed wejściem pili piwo mężczyźni w szarych waciakach. Widocznie w środku nie było wolnych miejsc. Na pustych parcelach między domami sterczały kawałki muru. Z rozbitych cegieł wyrastała trawa. Miasteczka miały zwiotczałą twarz, pozbawioną mięśni, odkształconą – zmęczeniem czy strachem.

W Izbicy Blatt chciał mi pokazać parę rzeczy. Zaczęliśmy od ulicy Stokowej. Mieszkały tam pokolenia Blattów, a także ciotka Marie Rojtensztajn, która wszystko słyszała przez ścianę. Tojwełe, mówiła, ty się przyznaj, twój ojciec daje ci do jedzenia trefne. Pójdziesz za to do piekła, Tojwełe. Zląkł się piekła, aż dostał gorączki. Masz dopiero osiem lat, uspokoiła go ciotka. Po bar micwie Pan Bóg ci wszystko wybaczy. Obliczył, że może jeszcze grzeszyć przez pięć lat. Niestety, wojna zaczęła się przed bar micwą, Pan Bóg nie wybaczył mu niczego.

Rozejrzeliśmy się po rynku. Pośrodku stał Idełe i walił w bęben. Czytał ogłoszenia władz. Po raz ostatni zabębnił we wrześniu w trzydziestym dziewiątym i ogłosił, że należy zasłaniać okna przed bombami. Zginął w Bełżcu.

Na rynku grali wędrowni muzykanci i po pięć groszy sprzedawali słowa najnowszych szlagierów. Tojwełe kupił Madagaskar – „hej Madagaskar, kraina parna, czarna, Afryka...”.

Najokazalszy w rynku dom należał do Judy Pompa, kupca bławatnego. Zainstalował w mieszkaniu ubikację, pierwszą w Izbicy. Wszyscy chodzili sprawdzić, jak to jest, ubikacja w mieszkaniu i nie śmierdzi.

Skończyliśmy z rynkiem i przenieśliśmy się w boczne ulice. Wypadło na dom zwariowanej Rywki, zwanej Która Godzina. Rywka, która godzina, wołały dzieci. Odpowiadała dokładnie i nie myliła się. Przyjechał z Ameryki Żyd, stary, brzydki i bogaty. Przyjrzał się Rywce. Dowiedział się, że jest córką nieżyjącego rabina. Kazał jej się uczesać i wzięli ślub. Mieszkańcy Izbicy musieli przyznać, że Rywka po ślubie okazała się ładną kobietą bez śladu wariactwa. Urodziła dziecko. Zginęli w Sobiborze.

W sąsiedztwie mieszkał kapitan doktor Lind. Jak miał na imię? Samochód wiadomo, jaki miał, opla, ale to był jedyny samochód w Izbicy. Pierwszego września doktorowa posprzątała mieszkanie, zmieniła pościel, a co najbardziej się podobało Fajdze Blatt, matce Tojwełe, nakryła stół czystym obrusem. Następnie doktor włożył mundur i wsiedli do opla. Doktor zginął w Katyniu, doktorowa nie wiadomo gdzie.

Ubrania dla Tojwełe i jego brata szył krawiec Flajszman. Mieli jedną izbę i dziewięcioro dzieci. Zbili z desek tak wielkie łóżko, że mieścili się wszyscy. Pod oknem stała maszyna do szycia, a pośrodku stół. Ale jedli na stole tylko w szabas, w powszednie dni służył do prasowania. Flajszmanowie i ich dziewięcioro dzieci zginęli w Bełżcu.

Szochet Wajnsztajn, rzezak rytualny. Studiował po całych dniach Talmud, a Wajnsztajnowa utrzymywała dom z lodów i wody sodowej. Lody robiła w drewnianym wiadrze, które stało w bańce z solą. Władze sanitarne nie pozwalały używać taniej, nieoczyszczonej soli do celów spożywczych, a Wajnsztajnowej nie było stać na droższą, więc synowie Symcha i Jankiel pilnowali w drzwiach, czy policjant nie idzie. Zginęli w Bełżcu.

Dom Bunszpanowej, z pewnych względów trzeba zmienić jej nazwisko. Miała sklep bławatny. Miała jasną córkę i ciemnego synka. Kazała mu zostać w domu, a z córką poszła na dworzec. Chłopiec pobiegł za nimi. Próbował wsiąść do pociągu razem z matką, ale Bunszpanowa odsuwała go. Odejdź stąd, mówiła, bądź grzeczny. Był grzeczny. Zginął w Bełżcu, Bunszpanowa z córką przeżyły wojnę. Zrozumiałem, powiedział Blatt, że człowiek nie zna do końca samego siebie.

Browar Rojzy Nasybirskiej. Uciekła z transportu. Weszła do pierwszego domu, przy stole siedzieli ludzie i czytali Pismo Święte. Byli to świadkowie Jehowy. Uznali, że Rojza jest znakiem przysłanym przez samego Boga. Dali jej Biblię i kazali nawracać. Spokojnie doczekała końca wojny. Nikomu nie przyszło na myśl, że to Żydówka chodzi po wsiach i nawraca. Po wojnie chciała nawracać dalej, z wdzięczności, ale przyjechał kuzyn i zabrał ją do Stanów Zjednoczonych. 

Tartak Hersza Goldberga. Dookoła leżały równo ułożone, pocięte kloce. Kiedy w sobotę zapalała się na niebie pierwsza gwiazda i kończył się szabas, ludzie wypijali wino ze wspólnego kielicha i mówili sobie: Git woch, dobry tydzień. Był to znak dla młodzieży: chłopcy szli z dziewczętami na kloce do Goldberga. Ich młodsze rodzeństwo szło w ślad za nimi: zobaczyć, co robi się wieczorem na klocach. Hersz Goldberg zginął w Bełżcu.

Rudera w pobliżu żydowskiego cmentarza. Mieszkał w niej Jankiel Blatt, rodzony brat ojca Tojwełe. Miał dwoje dzieci, nie miał pracy, był komunistą. Kiedy we wrześniu 1939 miasto zajęli Rosjanie, stryj Jankiel powitał ich z entuzjazmem. Teraz będzie praca, powtarzał, teraz zacznie się sprawiedliwość. Komuniści nałożyli czerwone opaski i wskazywali Rosjanom polskich i żydowskich burżujów, a także żołnierzy, powracających z kampanii wrześniowej. Aresztowano między innymi Judę Pompa, kupca bławatnego i właściciela domu z ubikacją. Po dwóch tygodniach Rosjanie wycofali się. Miasto zajęli Niemcy. Zginął zarówno komunista Jankiel Blatt, jak i Juda Pomp, wróg klasowy. Na Syberii miałby nieporównanie więcej szans niż w Sobiborze, ale Rosjanie nie zdążyli, niestety, posłać do łagru izbickich burżujów.

Blatt mówił i mówił, Izbica liczyła trzy tysiące Żydów, a on był dopiero przy pierwszej setce. Wybierał się z wizytą do Małki Lerner, córki rzeźnika, mijaliśmy ich dom. Małka – wyprostowana, wysoka, czarna, wodząca rej wśród zamożnych dziewcząt – otworzyła mu drzwi w błękitnym szlafroku. Podając ciastka, nachyliła się lekko i odsłoniła dekolt. Nie przypadkiem i nie wstydliwie, tylko z wyraźną dumą. Miała dwanaście lat, a już jej piersi rosły. Ciastka były posypane makiem. Na Purim nosiło się takie ciastka do sąsiadów, na talerzyku przykrytym białą mereżkowaną serwetką. Małka przewodziła zamożnym, a Estera, niższa, drobna, z jasnymi włosami, biednym dziewczętom. Była nieefektowna, ale na starość wyglądałaby lepiej od Małki, przyznał Blatt, trochę niechętnie. Chyba zastanawiał się, czy nie jest wobec Małki nielojalny. Estera byłaby szczuplejsza i z lepszą figurą, ale nie zestarzała się. Józek Bressler, syn dentysty, opowiadał w obozie, że jechał z Esterą i Małką jednym wagonem. Popatrz, mówiła Małka, mam piętnaście lat, nie kochałam się z żadnym chłopcem i już się nigdy nie dowiem, jak to jest. Obie zginęły. Józek Bressler uciekł ze wszystkimi, ale wyleciał na minach.

Już naprawdę ostatni dom, babci Chany Sury z domu Klein, ciotki berlińskiego kuzyna. Nosiła perukę. Nie przychodziła w gości do Blattów, ponieważ ojciec Tojwełe, Leon Blatt, który w nagrodę za Legiony dostał koncesję na sprzedaż wódek i win, jadał trefne, nie przestrzegał szabasu i został wyklęty przez rabina. Kurt Engels, szef gestapo, osobiście nałożył mu na głowę cierniową koronę z drutu kolczastego i zawiesił na szyi tabliczkę: „Jestem Chrystusem. Izbica jest nową stolicą Żydów”. Ryczał ze śmiechu, kiedy Leon Blatt chodził w swojej koronie po Izbicy. Babcia Chana Sura, Leon Blatt, jego żona Fajga i Herszel, młodszy brat Tojwełe, zginęli w Sobiborze.

I teraz już naprawdę ostatni dom. Miejsce po domu, zdziczałe, z resztkami muru, garbarnia Mosze Blanka. Schronili się w niej ludzie po pierwszym wysiedleniu. Czuli się bezpieczni, mówili: co jak co, ale skóra będzie Niemcom zawsze potrzebna. Zginęli w Sobiborze. Synowie właściciela przeżyli. Starszy, Jankiel, studiował przed wojną w sławnej lubelskiej jesziwie. W kryjówce koło Kurowa miał Talmud i przy lampie naftowej kontynuował studia. Ledwie zauważył, że wojna się skończyła. Młodszy, Hersz, zajął się po wojnie interesami. Zabili go nieznani sprawcy w Lublinie, na ulicy Kowalskiej.

Skręciliśmy na południowy wschód.

 

4.

Bunt w Sobiborze, największy w obozach koncentracyjnych, miał miejsce 14 października 1943. Dowodził nim Aleksander Pieczorski, jeniec, oficer Armii Czerwonej. W następstwie buntu Niemcy zlikwidowali obóz.

W Sobiborze były warsztaty pracujące dla Niemców. O trzeciej trzydzieści po południu krawcy zawiadomili jednego z esesmanów, że nowy mundur jest gotowy do przymiarki. Esesman rozebrał się i odłożył pas z rewolwerem. Krawcy zabili go uderzeniem siekiery i nożyc. Ciało ułożyli w schowku, krew na podłodze zasłonili szmatami i zaprosili następnego esesmana. Jednocześnie szewcy zawiadamiali, że są gotowe buty, a stolarze, że jest do obejrzenia piękny mebel. Zginęli prawie wszyscy esesmani, którzy mieli służbę. Rozgrywało się to w ciszy i trwało półtorej godziny. O piątej kilkuset więźniów uformowało kolumnę. Pieczorski wzniósł okrzyk: Za rodinu, za Stalina, wpieriod! Ludzie pobiegli w stronę lasu. Wielu zginęło od razu na minach. Tojwełe zaczepił kurtką o płot i przez chwilę nie mógł się wyplątać. Kiedy pobiegł, pole już było wolne od min. Amerykanie nakręcili film Ucieczka z Sobiboru, Blatt był konsultantem. Grał go młody amerykański aktor. Zaczepił się, jak Tojwełe, o płot i zgodnie ze scenariuszem nie mógł się wydostać. Blattowi zdawało się, że trwa to za długo. Przestraszył się. Czas biegnie, a on nie ucieka z Sobiboru. Kiedy aktor ruszył przez pole, Blatt pobiegł z nim. Ujęcie było dawno skończone, a Blatt biegł i biegł. Znaleziono go po kilku godzinach, podrapanego, w rozbitych okularach, ukrytego w lesie.

Esesmanem, który ocalał, był Karl Frenzel. Nie miał ochoty ani na nowy mundur, ani na buty, ani na meble. Po wojnie skazano go na siedmiokrotne dożywotnie więzienie. W 1984 roku uzyskał wznowienie sprawy. Sąd odbywał się w Hagen. Blatt był świadkiem oskarżenia. Pamiętał Frenzla doskonale. Kiedy z rodzicami i z bratem wysiadł z wagonu w Sobiborze, Frenzel osobiście prowadził selekcję i odsyłał ludzi do komory gazowej. Dzień wcześniej, jeszcze w domu, Tojwełe wypił mleko przeznaczone na kilka dni. Matka powiedziała: nie pij tyle, zostaw na jutro. Nazajutrz stali w Sobiborze na rampie. Widzisz, powiedział matce, a ty chciałaś zostawić na dzisiaj całe mleko. Były to ostatnie słowa, jakie powiedział matce. Słyszy je przez pięćdziesiąt lat. Zamierzał porozmawiać o tym z psychiatrą, ale amerykańskim lekarzom trudno wytłumaczyć pewne rzeczy. Frenzel skierował na lewo kobiety z dziećmi i z pejczem w ręku podszedł do mężczyzn. Krawcy, wystąp, krzyknął. Tojwełe był niski, chudy, miał czternaście lat i nie był krawcem. Nie miał żadnych szans podczas selekcji. Patrzył na plecy Frenzla. Powiedział: ja chcę żyć. Powtórzył to kilkakrotnie. Mówił szeptem, ale Frenzel obejrzał się. Komm raus, du kleiner, zawołał w stronę Tojwełe i skierował go do mężczyzn, którzy zostają. Blatt opowiedział o tym na procesie w Hagen.

Frenzel zeznawał z wolnej stopy. W przerwie poprosił Blatta o rozmowę. Spotkali się w pokoju hotelowym. Czy pan mnie pamięta, spytał Blatt. Nie, powiedział Frenzel. Byłeś wtedy taki mały. Blatt spytał, dlaczego Frenzel chciał z nim rozmawiać. Żeby pana przeprosić, powiedział Frenzel. Wyjaśniło się, że chciał przeprosić za dwieście pięćdziesiąt tysięcy Żydów zagazowanych w Sobiborze.

 

5.

Blatt był świadkiem oskarżenia w paru innych sprawach. Między innymi szefa gestapo w Izbicy Kurta Engelsa. Tego, który nałożył jego ojcu cierniową koronę. Tojwełe czyścił mu motocykl. Była to wspaniała maszyna, z przyczepą i dwiema błyszczącymi blachami z obu stron. Na blachach były wyryte trupie czaszki. Engelsowi zależało na tym, żeby czaszki były wypolerowane do połysku. Tojwełe czyścił je godzinami. Było to świetne zajęcie, bo kiedy czyścił motocykl, żaden Niemiec go nie zaczepiał, nawet podczas łapanki. Engels miał do pracy jeszcze jednego żydowskiego chłopca, Mojszełe. Pochodził z Wiednia. Opiekował się ogrodem. Engels rozmawiał z nim o uprawie kwiatów. Lubił go. Jesteś fajny chłopiec, mawiał. Zginiesz ostatni i ja cię osobiście zastrzelę, żebyś się nie męczył. Blatt przyznał w śledztwie, że gestapowiec dotrzymał słowa. Po wojnie Kurt Engels otworzył w Hamburgu kawiarnię. Nazywała się Café Engels. Była ulubionym lokalem miejscowych Żydów, gmina żydowska miasta Hamburga zwykła obradować w jednym z jej pomieszczeń. Zdemaskowano go w latach sześćdziesiątych. Blatt składał zeznania w śledztwie. Na koniec pokazano mu piętnastu mężczyzn i prokurator spytał, który jest oskarżonym. Engels uśmiechnął się. Nadal ma żółty ząb, powiedział Blatt. Kiedy wkładał ojcu cierniową koronę, śmiał się tym żółtym zębem.

Po konfrontacji Blatt poszedł obejrzeć Café Engels. Przedstawił się żonie właściciela. Czy on zabijał osobiście? – spytała. – Czy on mordował dzieci?

Następnego dnia prokurator przesłuchiwał obu, Engelsa i Blatta. Wszedł urzędnik, pani Engels prosiła o chwilę rozmowy. Podeszła do męża, zdjęła obrączkę, bez słowa podała mu i wyszła z pokoju.

Następnego ranka zadzwonił prokurator. Kurt Engels otruł się w swojej celi i Blatt nie musi przychodzić na przesłuchania.

 

6.

Przez całą noc szli lasem. Rano Pieczorski zabrał broń i dziewięciu najsilniejszych ludzi. Powiedział, że idą się rozejrzeć, i kazał czekać. Zostawił jeden karabin, miał go Staszek Szmajzner. Był jubilerem w Sobiborze i robił esesmanom sygnety z monogramami. Karabin zdobył podczas buntu.

Pieczorski nie wrócił. Blatt zobaczył go po czterdziestu latach, w Rostowie nad Donem. Dlaczego nas zostawiłeś, spytał. Jako oficer miałem obowiązek kontynuować walkę, odparł Pieczorski. Znalazł partyzantów. Po wojnie siedział w więzieniu. Ludzie z Sobiboru zapraszali go, ale nie dostał paszportu i nigdy nie wyjechał za granicę. Mieszkał z żoną w komunalnej kwartirze, mieszkaniu wielorodzinnym. Zajmowali jeden pokój. Nad łóżkiem wisiała duża makatka, którą sam wyhaftował. Przedstawiała psa. W rogu wisiało prześcieradło, za którym stały miski do mycia i przybory toaletowe. Nasz bunt był wydarzeniem historycznym, a ty jesteś jednym z bohaterów tej wojny, powiedział Blatt. Czy dali ci jakieś odznaczenie? Aleksander Pieczorski uchylił drzwi na korytarz, rozejrzał się, zamknął drzwi i szepnął: Żydom nie daje się odznaczeń. Dlaczego wyjrzałeś, spytał Blatt, przecież macie zaprzyjaźnioną sąsiadkę. Zawsze lepiej sprawdzić, szepnął Pieczorski.

 

7.

Kiedy stało się jasne, że Pieczorski nie wróci, podzielili się na małe grupki. Każda ruszyła w inną stronę. Tojwełe z Fredkiem Kostmanem i Szmulem Wajcenem poszli lasem w kierunku Izbicy. Następnego wieczoru zobaczyli wieś. W jednym z okien, był to czwarty dom po prawej stronie, paliło się światło. Przy stole kuchennym siedziała rodzina – wysoki, bardzo chudy mężczyzna o płowych włosach, nieduża, tęga kobieta, dziewczynka w wieku Tojwełe i trochę starszy chłopiec. Nad nimi wisiał święty obraz. I tam siedzieli ludzie przy stole, ale sami mężczyźni. Nosili białe szaty, nad każdym złociła się aureola. Nad tym, który siedział pośrodku, z uniesionym wskazującym palcem, aureola była największa. Mój ojciec, Leon Blatt, był legionistą, powiedział Tojwełe. Wszyscy ci ludzie na obrazie, wszyscy co do jednego, byli Żydami, powiedział Szmul. Mamy dla was coś na pamiątkę, powiedział Fredek i położył na stole garść klejnotów, które zabrali z Sobiboru z sortowni.

Gospodarz, Marcin B., zrobił im kryjówkę w stodole. Wieczorem przynosił garnek z jedzeniem. Z daleka słyszeli jego powolne, ciężkie kroki. Pośrodku stodoły zatrzymywał się, sprawdzał, czy nie ma obcych, i zbliżał się do kryjówki. Odgarniał słomę i odginał gwóźdź, tylko on wiedział, który gwóźdź daje się odgiąć. Wyjmował deskę, tylko on wiedział, która deska nie jest przybita. W progu stawiał wielki żeliwny garnek. Któryś z chłopców wysuwał rękę i wciągał garnek do środka. Gospodarz wkładał deskę na miejsce, zaginał gwóźdź i poprawiał słomę. Siedzieli w ciemnościach. Fredek i Szmul rozmawiali szeptem, a Tojwełe słuchał. Tojwełe był mały, rudy i piegowaty. Smarował się wprawdzie przed wojną kremem od piegów firmy Halina, który wykradał matce, ale bez skutku. A tamci byli starsi o dwa lata, z dużych miast i bez piegów. Najchętniej rozmawiali o samochodach, jakie sobie kupią po wojnie. Fredek miał kupić panharda, a Szmul buicka. Tojwełe słyszał te nazwy pierwszy raz. Wtrącił, że on sobie kupi opla, takiego, jak miał kapitan Lind. Opla, zaśmiali się chłopcy z lekceważeniem i zaczęli wspominać stacje kolejowe. Do niektórych szło się długimi ciemnymi tunelami, a nad głową przejeżdżały dudniące pociągi. Widziałeś kiedy tunel? Tojwełe musiał przyznać, że w Izbicy nie było ani jednego tunelu. Minęło pół roku. Marcin B. powiedział im, że już jest wiosna i że zakwitła jabłoń. Rosła koło stodoły, przy kryjówce. Będzie dużo owoców, powiedział Marcin B. Spytał, skąd mają takie ładne swetry i kurtkę skórzaną. Z Sobiboru, z sortowni. Pożyczyli mu i kurtkę, i sweter. Wybrał się w tym w niedzielę do kościoła. W poniedziałek przyszło kilku mężczyzn. Krzyczeli: gdzie trzymasz Żydów, my też chcemy mieć skórzane kurtki! Kijami sprawdzali słomę w stodole, ale nic nie znaleźli. Chyba mieli za krótkie kije. Słyszeliście, powiedział wieczorem Marcin B. Idźcie stąd, ja się boję. Poprosili, żeby im kupił broń, to pójdą do lasu. Złapią was, powiedział, spytają, skąd broń, i mnie wydacie. Nie wydamy pana, niech pan kupi. Na pewno mnie wydacie, idźcie już, ja się boję.

Minęło parę dni. Wieczorem usłyszeli, jak gospodarz wysyła na noc dzieci do dziadków i woła do kuchni psa. Później przyszedł do stodoły. Odgiął gwóźdź, wyjął deskę. Fredek wysunął się po garnek. Zobaczyli jaskrawe światło i usłyszeli trzask. Fredek skulił się i zaczął przebierać nogami. Czyjeś ręce odsunęły Fredka na bok. Zobaczyli pucułowatą twarz obcego chłopca i znowu światło. Tojwełe poczuł ukłucie w szczęce. Dotknął policzka, był mokry. I jego odsunęły czyjeś ręce. Kiedy otworzył oczy, zobaczył, mimo ciemności, wujka Jankiela. Siedział przy nim na słomie, szczupły, przygarbiony jak zawsze. Aha, pomyślał Tojwełe, widzę wujka Jankiela. Jak się umiera, widzi się własne dzieciństwo, więc ja teraz umieram. Wiesz, powiedział wujek Jankiel, przez trzy dni po śmierci rosną człowiekowi włosy i paznokcie. Człowiek słyszy, tylko nie może mówić. Wiem, powiedział Tojwełe, już mi przecież opowiadałeś. Ja nie żyję, tylko jeszcze słyszę i rosną mi paznokcie. Słyszał głosy i trzaski, jeden po drugim. Dobijcie go, bo będzie stękał nad ranem. To mówiła gospodyni, kto wie, czy nie o nim, o Tojwełe. Panowie, dajcie mi żyć, będę waszym sługą do końca życia. To mówił Szmul. Panowie nie chcieli Szmula za sługę, bo znów był trzask i Szmul zamilkł. Już sztywnieje. To mówił Marcin B. i na pewno o Tojwełe, bo dotknął jego ręki. Jest! To był nieznany głos, może chłopca z okrągłą twarzą. Musiał coś znaleźć. Pewnie ich woreczek ze złotem, bo nagle wszyscy zerwali się i pobiegli do kuchni. Żyjesz? To był Szmul. Nie, szepnął Tojwełe. Chciał mu opowiedzieć o włosach i paznokciach, ale Szmul zaczął się czołgać do drzwi. Uniósł się na kolana i poczołgał się za nim. Szmul skręcił w stronę drzew. Tojwełe miał wrażenie, że nadal idzie za nim, ale kiedy się ocknął, siedział pod drzewem, na skraju lasu. Wstał i poszedł przed siebie.

 

8.

Przez tamte okolice płynęła rzeka Wieprz.

Rzeka rozdzielała świat na dwie części – dobrą i złą. Zła część świata była po prawej stronie i tam znajdowało się Przylesie. Po lewej stronie rzeki były dobre wsie: Janów, Mchy i Ostrzyca.

W dobrych wsiach uratowano wielu ludzi – Staszka Szmajznera, krawca Dawida Berenda, rymarza Stefana Akermana, handlarzy mięsem Chanę i Szmula, handlarza zbożem Gdala z Piasków, właścicielkę wiatraka Bajłę Szarf i dzieci młynarza Raba – Esterę i Idełe.

Dzieci młynarza uratował Stefan Marcyniuk.

Dwadzieścia lat wcześniej uciekł z bolszewickiego więzienia z głębi Rosji, w Polsce zamieszkał na strychu w żydowskim młynie. Gdybym miał worek mąki, powiedział, upiekłbym chleb, sprzedałbym i byłoby parę groszy... Młynarz dał mu worek mąki i Marcyniuk upiekł chleb. Zarobił parę groszy, a po latach był jednym z bogatszych gospodarzy w całej okolicy.

Młynarz i jego żona zginęli w getcie, ich córkę Esterę wysłano do Sobiboru. W przeddzień planowanej ucieczki Esterze przyśniła się matka. Weszła do baraku i stanęła nad pryczą. Jutro uciekamy stąd, szepnęła Estera, wiesz o tym? Matka skinęła głową. Boję się, poskarżyła się Estera. Nie wiem, gdzie iść, na pewno wszystkich zabiją... Chodź ze mną, powiedziała matka, ujęła córkę za rękę i poprowadziła do wyjścia. Wyszły z baraku i minęły bramę obozu. Nikt nie strzelał. Przecież to jest tylko sen, pomyślała Estera. Jutro będzie naprawdę. Jutro będą strzelać i wszystkich zabiją... Szły polami i lasem, i zatrzymały się przed dużą wiejską zagrodą. Poznajesz? – spytała matka. Estera poznała: stały przed domem Stefana Marcyniuka. Zapamiętaj, powiedziała matka. Tutaj musisz przyjść.

Uciekli nazajutrz. Po jedenastu dniach Estera, razem z narzeczonym, dotarli do wsi Janów i stanęli przed domem ze snu.

Był wieczór. Nie chcieli budzić gospodarzy, wsunęli się do stodoły i ułożyli na słomie. Kim jesteście? – usłyszeli w ciemnościach męski głos i czyjaś ręka pochwyciła dłoń Estery. To ja, twoja siostra, powiedziała Estera, był to bowiem głos Idełe, jej starszego brata.

To nie matka, to Bóg was przysłał, powiedział Stefan Marcyniuk, kiedy mu opowiedzieli sen. Zostaniecie u mnie do końca wojny...

Również Tojwełe trafił do dobrych ludzi w dobrej wsi, po lewej stronie Wieprza. Zamieszkał w Mchach u Franciszka Petli. Wujek Petli był lokajem prezydenta Mościckiego. Zawiadomiono wieś, że Tojwełe-Tomek jest rodzonym synem tego lokaja. Imponowało to dzieciom na pastwisku, zwłaszcza Kasi Turoń, która była najwyższa, bo wdała się w ojca kawalerzystę. Dzieci pasły krowy. Ich ulubioną zabawą było „Łapaj Żyda”. Wyliczanką ele-mele-dudki wyznaczano „Żyda”, „Żyd” uciekał, a wszyscy go gonili. Złapanemu zadawano pytania: jesteś Jude? zabiłeś Chrystusa? to pif-paf!

Tomka zatrzymali na polu dwaj Niemcy. Szedł ze Stefanem Akermanem, rymarzem, który ukrywał się w Ostrzycy. Jeden z Niemców odstawił rower. Jude? W pobliżu siedzieli chłopcy od krów i Kasia Turoń. Panie Niemiec, krzyknęła Kasia, to nasz chłopak. A ten? Kasia nie znała Akermana. Pan Niemiec nie wie, co się robi? Spuszcza spodnie i pif-paf. Akerman spuścił spodnie. Niemiec zdjął karabin i wyciągnął w stronę dzieci. Kto chce zrobić pif-paf? Dzieci milczały. Ty chcesz zrobić pif-paf? Niemiec wyciągnął karabin w stronę Kasi. Potrząsnęła głową. Drugi z Niemców poprowadził Akermana do lasu. Usłyszeli strzał. Niemiec wrócił, obaj wsiedli na rowery i odjechali. W nocy przyszedł do Tomka Akerman. Niemiec dał mu papierosa, strzelił w powietrze i kazał odejść.

Rano na łące Kasia powiedziała: to moja wina, co? Była ładna. Może nie tak ładna jak Małka Lerner, lecz za to z niebieskimi oczami. Przyjdź, Tomek, do naszej suszarni, co? Jak tylko się ściemni. Będziesz mi czytał. Zdziwił się: nie mogę czytać po ciemku. Możesz, możesz, powiedziała Kasia. Nie mógł czytać, więc położyli się na stercie tytoniu. Ładnie pachniał. Kasi było nadal przykro z powodu Akermana, więc Tomek ją pocieszał. Potem jemu zrobiło się przykro i Kasia go pocieszała. Potem krzyknęła: Tomek, przecież ty jesteś Żyd! Zerwał się i zapiął spodnie. Nie bój się, ja nikomu nie powiem, szepnęła pospiesznie.

 

9.

Romek, syn Franciszka Petli, jest kamasznikiem. Mieszka na Nowym Mieście w Warszawie. Siedzi przy starej singerowskiej maszynie i szyje cholewki do kozaków. Blatt i tym razem go odwiedził. Wypili po kieliszku i zagryźli. Powspominali Mchy, świętej pamięci ojca Romka, Żydów, Kasię i jeszcze tę powojenną, z Tarzymiechów, malutką, ale z jakimi oczami, i jeszcze, naturalnie, kulę w szczęce. Trzymasz ją tam? – spytał Romek Petla. A trzymam, powiedział Blatt. A pamiętasz, jak ci nosiłem bandaże i maść? Od Niemca wziąłem. Za dwa jajka. Dał mi specjalną wojskową maść na rany. Niemiec wszystko dał za dwa jajka. Romek Petla ułożył na równy stosik cholewki z przyszytą wyściółką. Wyściółka była ocieplana. Cholewki były brzydkie. Do tanich kozaków, dla biednych ludzi. Romek Petla powiedział, że jest na nie coraz większy zbyt, bo coraz więcej jest biednych ludzi. Co z tego, skoro cholewki zionęły nudą. Romek Petla znów nalał po jednym, ale na nudę to nie pomogło. Na odwrót. Z jakichś powodów nuda zagnieżdża się najchętniej w elementach szewskich – podeszwach, wyściółkach i cholewkach. A właściwie dlaczego trzymasz tę kulę – spytał Romek Petla. A ja wiem, zamyślił się Blatt. Ja wszystko gubię. Jakbym wyjął, tobym zgubił, a tak to siedzi w szczęce i wiem, że jest.

 

10.

Skończyła się wojna. Ocaleni izbiccy Żydzi spotkali się w Lublinie. Rozważali: wyjechać czy zostać. Tomek nie mógł wyjechać, bo jego buty zostały w stodole Marcina B. Chodził boso. Wojna skończona, a on boso. Dał jakiemuś chłopcu dziesięć złotych. Idź do Przylesia, powiedział, wejdź do czwartego domu po prawej stronie i poproś Marcina B. Powiedz, że Tomek czeka na buty w Malińcu koło studni. Powiedz, że buty Tomka zostały w stodole.

Czekał koło studni. Był lipiec. Było gorąco. Przyszedł Marcin B., też boso. W rękach trzymał buty z cholewami wyczyszczone na połysk. Były to buty Szmula. Bez słowa wyciągnął je w stronę Tomka, odwrócił się i odszedł. Tomek wziął buty i też odszedł. Nadal boso. Z butami Szmula Wajcena w rękach, z prawym butem w prawej ręce, a z lewym butem w lewej.

Pojechał do Lublina. Spotkał Staszka Szmajznera, tego, któremu Pieczorski zostawił w lesie jedyny karabin.

Masz fajne buty, zauważył Staszek.

Opowiedział mu o Fredku, Szmulu i Marcinie B.

Staszek zatrzymał radziecką ciężarówkę z kapitanem. Dał mu pół litra. Pojechali do Przylesia. Marcina nie było. Poszedł młócić, powiedziała żona. Ty go zastąpisz, Staszek skinął na córkę Marcina B. Panowie, jęknęła żona. Pobiegła gdzieś i przyniosła złoto w garnku. Weźcie, panowie.

Dziewczyna już stała pod ścianą. Ona nie zawiniła, krzyknął Tomek. A moje siostry zawiniły? – spytał Staszek. A moja matka zawiniła? Żona Marcina B. uklękła przed Staszkiem. Podniósł do oczu zdobyczny karabin i wycelował w dziewczynę. Tomek podbił mu rękę. Żona Marcina B. głośno płakała. Córka Marcina B. stała spokojnie, oparta o ścianę. Przyglądała się niebu, jakby chciała wypatrzeć lot kuli.

 

11.

Thomas Blatt zostawił samochód przed wsią.

Szliśmy wąwozem.

Po prawej stronie co paręset metrów stały domy. Jeśli trzeba prosić o jedzenie, to w takich domach, powiedział ze znawstwem Thomas Blatt.

Po lewej stronie ciągnął się las. Jeśli chce się zniknąć, to w takim lesie.

Był zdania, że poznaje drzewa, zza których widzieli światło u Marcina B. A także drzewa, za którymi zniknął Szmul Wajcen. Był to oczywisty absurd. Tamte drzewa dawno porąbano na opał.

Zaczął liczyć, ile było strzałów. Najpierw jeden, do Fredka. Potem znów jeden, do niego. Potem dużo strzałów, no ile? cztery? trzy? Powiedzmy, że cztery, to razem sześć, bo dwa plus cztery. A jeśli było pięć strzałów? To razem siedem. Jednocześnie liczył domy. Kiedy mijaliśmy trzeci dom, wpadł w wyraźne podniecenie. Oho, powtarzał, zaraz będzie czwarty dom.

Z każdym rokiem było mniej śladów. Kiedyś stały ściany, potem tylko narożnik (dziwnym trafem „ich” narożnik, z kryjówką), potem fundament, potem leżały resztki – belki, deski, kamienie.

W tym roku nic nie było. Nic. Poza zdziczałą jabłonką o krzywych, reumatycznych gałęziach. Thomas Blatt nie był nawet pewny, czy trafił. Chodził, rozglądał się, zarośla i trawa sięgały piersi. Nigdzie dookoła nie widać było takich zarośli.

Poszliśmy przed siebie. Zobaczyliśmy gospodarstwo. Na podwórzu stała stara kobieta. Powiedziałam, że zbieram materiały do książki. A o czym? A o życiu. Nie była to precyzyjna odpowiedź, ale zaprosiła do kuchni. Okazała się rodzoną siostrą Zosi B., żony Marcina. Blatt znów zajął się arytmetyką. Jeśli słyszała strzały, to ile. Od razu wiedziała, o czym mówi. Ona nie słyszała, ale Krysia Kochówna, która spała u nich, powiedziała: w nocy strzelali u wujka Marcina. Nocą strzał dobrze niesie, daleko, a słychać. Rano wiedzieli we wszystkich domach, Żydy powybijane. Trzech leżało, ale wiecie państwo? Jeden z grobu powstał i poszedł. Nikt nie wie, gdzie jest.

U was jest, nie wytrzymał Blatt, chociaż przed wejściem prosiłam, żeby siedział cicho. U was, w waszej kuchni. Spojrzeli z niedowierzaniem. Sprawdźcie, jak chcecie. Tu kula, o, tutaj. Podeszły jedna po drugiej, siostra Zosi B., córka siostry i synowa. Ojejciu, kula. Czujesz? Bo ja czuję. No naprawdę, kula. Rzuciły się, ucieszone, robić kanapki. No i żyje pan. Częstujcie się państwo. A dużo tego złota im daliście? Ojejciu. Bo nasz Józik znalazł w ich zagrodzie pierścionek z sercem, duży, że zmieścił się na środkowy palec. Zgubił we wojsku. A mówiłam: nie bierz, Józik. A córka zgubiła obrączkę, którą zostawiła na pamiątkę Żydówka z Malińca. Przyszła z dzieckiem, daliśmy mleka, ale nie mogliśmy ich wziąć, bośmy się bali. Spora była ta mała, umiała mówić. A co mówiła? Mówiła: mamo, nie płacz. Częstujcie się państwo. W Dobrach w lesie chowały się dwie Żydówki. Nosiło się im włóczkę, robiły na drutach, ktoś doniósł, powiesiły się na posterunku. Na drodze za zakrętem leżała piękna Żydówka. Najpierw ubrana, potem ktoś zabrał sukienkę. Ludzie chodzili patrzeć, jaka piękna. A Marcin przepadł razem z żoną i dziećmi. Tamtego dnia, jak przyjechali mundurowi z Lublina. Konie rżały, krowy ryczały, zboże stało, ale każdy się bał wejść, zdziczało wszystko. Może nie żyje? A może za to złoto kupił gospodarstwo? Pieczarkarnię założył? A pan po co go szuka? Mógłby go pan teraz zabić? Nie mógłbym, powiedział Blatt. Chce pan go o coś zapytać? Nie chcę. To po co pan szuka? Żeby popatrzeć na niego. Nic, tylko popatrzeć. Popatrzeć? I warto panu?

 

12.

Żydówka z dzieckiem. Piękna Żydówka. Dwie Żydówki w Dobrach. Fredek w stodole. Szmul w lesie... Thomas Blatt znów zaczął wyliczać. Wszyscy są tutaj, zatoczył ręką koło, i żadnych grobów. Dlaczego nie ma żydowskich grobów? Dlaczego nikomu nie jest smutno?

Mijaliśmy Izbicę, Krasnystaw i Łopiennik. Zachodziło słońce. Wszystko było jeszcze brzydsze i bardziej szare. Może dlatego, że duchy krążą. Nie chcą odejść, gdy się ich nie żałuje, gdy się nie płacze po nich. Od nieopłakanych duchów taka szarość.

Hanna Krall

Drukuj