Ze starego drewnianego domu wychodzi lekko posiwiały mężczyzna. Jego kroki są powolne, może nawet flegmatyczne. Ubrany jest w ciemne spodnie i prostą, błękitną koszulkę; w ręku trzyma plastikową torebkę, w której jest trochę czarnej ziemi. Mężczyzna staje przed domkiem, odwraca się i robi jeszcze kilka zdjęć. To Avram Grant, izraelski trener, który w 2008 r. z Chelsea Londyn walczył w finale Ligi Mistrzów, a przed kilkoma dniami odwiedził Polskę w poszukiwaniu swoich korzeni.

Wypędzeni przez Hitlera i Stalina

Dom z poczerniałych desek, to klucz do wizyty Granta w naszym kraju. Przed ośmioma miesiącami podczas odwiedzin Mławy, Izraelczyk odnalazł akt urodzenia swojego ojca, polskiego Żyda, Majera Granata, który swoje dzieciństwo spędził przy ul. Smolarnia 5.

Skąd właściwie różnica w pisowni nazwiska ojca i syna? Jeszcze kilkanaście lat po wojnie rodzina nosiła poprawne nazwisko: Granat. Według wersji, którą opowiedział mi Avram, izraelscy komentatorzy raz po raz mylili się i mówili „Grant”. – W języku hebrajskim obie wersje pisze się w ten sam sposób – wyjaśnia. Pewnego razu, kiedy wymieniał paszport na nowy, jeden z urzędników, prawdopodobnie piłkarski kibic, pomylił się i wpisał formę „Grant”. Żydowski szkoleniowiec uznał, że nowe nazwisko brzmi bardziej europejsko i postanowił przy nim pozostać.

Do czasu wojny rodzina Granta od kilku pokoleń mieszkała w Mławie. Małe mazowieckie miasteczko było dla nich, i wielu innych Żydów, oazą spokoju, którą zdemolowali do spółki Hitler i Stalin. Familia słynnego trenera na początku wojny próbowała uciekać do Rosji, gdzie według opowieści brata-komunisty, miało być znacznie lepiej niż w Polsce. Granatowie zostali jednak schwytani przez krasnoarmiejców i zamiast wykreowanej przez członka rodziny wizji szklanych domów, czekała ich daleka i nieprzyjazna Republika Komi. – Tam mój tata pochował własnymi rękoma rodziców i pięciorga rodzeństwa. Ludzie byli tam dziesiątkowani przez głód i mróz – byli wszyscy: Żydzi, Polacy, Rosjanie. Z mojej rodziny przeżył tylko ojciec i jego siostra – opowiada Onetowi Grant.

Kilkanaście miesięcy temu odwiedził Rosję i dzięki pomocy lokalnych władz odnalazł prawdopodobne miejsce pochówku jego rodziny. Kolejną białą plamę w historii Granatów były szkoleniowiec reprezentacji Izraela, Chelsea, Portsmouth, West Hamu a ostatnio mistrz Serbii z Partizanem Belgrad planował odkryć w Polsce.

Tym razem bez łez

Historię Granta postanowili poznać dziennikarze największej telewizji na świecie – BBC. Brytyjska gwiazda dziennikarstwa, gospodarz popularnego programu „Football Focus” – odpowiednika naszego „Futbol Cafe”" – Dan Walker oraz Patrick Nathanson z radia BBC Chanel 5 wraz z ekipą przybyli do naszego kraju na trzy dni i nie odstępowali Granta nawet na chwilę. Pierwsze kroki skierowali do Mławy. Tam, w urzędzie miasta, mobilizacja trwała od rana. Dzień wcześniej burmistrz Sławomir Kowalewski spotkał się w stołecznym Bristolu z Grantem i brytyjskimi dziennikarzami; sam we wtorek nie mógł być w Mławie, bo – jak tłumaczył – w Ministerstwie Finansów prowadził ważne negocjacje z jedną z japońskich firm elektronicznych. Natomiast na jego polecenie urzędniczki do wizyty izraelskiego trenera przygotowały się perfekcyjnie. W miejscowych archiwach odnalazły kilka aktów urodzenia min.: sióstr ojca Granta – Estery, Sury (Sary) i Beli. Dodatkowo w archiwum w Szreńsku odnalazł się akt urodzenia Chaima Wulfa – rodzonego brata bliźniaka dziadka Granta – Abrahama, o którym rodzina nie miała wcześniej pojęcia!

– Kiedy rok temu w październiku znaleźliśmy dokumenty o moim ojcu, pomyślałem, że jestem spełniony. Teraz nie umiem znaleźć słów, żeby opisać to, co czuje. Z każdą minutą odkrywam historię mojej rodziny, o której wcześniej nie miałem nawet pojęcia. Przed chwilą rozmawiałem z moją siostrą i ona nie może przestać płakać. Ja też płakałem tu kilka miesięcy temu. Teraz nie uronię łzy. Jestem spokojny i szczęśliwy...

Dziadek Granta – Abraham Granat – (to na jego cześć Majer Granat nadał takie samo imię synowi) według dokumentów razem z rodzicami wynajmował mieszkanie przy ul. Krzynowłodzkiej 5. Dziś ta ulica już nie istnieje, jej nazwę zmieniono wiele lat temu na 13-go Grudnia. Wzdłuż drogi stoi już tylko jeden dom pamiętający przedwojenne czasy. Zapewne piękna niegdyś kamieniczka, z kilkunastoma pozaklejanymi najtańszą folią oknami.

W trakcie wojny była tu katownia Gestapo, później komuniści stworzyli kilka nowych mieszkań rozdanych miejscowej ludności. Po 1990 r. dom niszczał i dziś nawet renesansowe zdobienia nie zmieniają faktu, że jest to ruina grożąca zawaleniem.

W 30-tysięcznej Mławie, w której przed wojenną zawieruchą aż 40 procent ludności była Żydami, dziś pozostały już tylko trzy żydowskie domy. Dwa drewniane, przy ul. Smolarnia i wspomniana kamienica przy dawnej Krzynowłodzkiej. Tu właśnie urodził się i mieszkał w pierwszych latach swojego życia Abraham – syn Herza i Hery, polskich żydów z Mławy. – Przecież w tym miejscu, w którym teraz stoję, on pewnie biegał, bawił się ze swoimi kolegami. Nie wiem czy grał w piłkę, możliwe, ale to nie ważne. Czuję się niezwykle. Zamykam oczy i wyobrażam sobie małego Abrahama, który kłóci się, dokazuje, bawi – emocjonował się Grant.

Dzień wcześniej w Warszawie izraelskiemu trener na Cmentarzu Żydowskim przy ul. Okopowej odnalazł grób swojej ciotki Estery. Na skromnym, betonowym nagrobku napisane jest, że Estera urodziła się w 1932 roku. Wizyta w Mławie – kolejny zresztą raz – edytuje fakty, które dla rodziny Granatów do tej pory były pewne. – Według dokumentów urodziła się na początku 1930 roku. Będziemy musieli zmienić nagrobek – powiedział Grant.

Estera Granat zmarła w 1988 r. w warszawskiej klinice. Długo chorowała, nie miała kontaktu nikim z rodziny. Dziś żaden z krewnych Granta nie mieszka nad Wisłą.

Historia pewnej walizki

Dzień później w Krakowie zjawiliśmy się przed południem. Grant, mimo iż miał możliwość wejścia na pokład helikoptera, który miał go przetransportować z Warszawy trzy razy szybciej, zdecydował, że pojedzie pociągiem. – To będzie symboliczne. Tak jak wielu Żydów chcę przejechać drogę do Auschwitz tym środkiem lokomocji – tłumaczył. Kiedy na stacji kolejowej w Krakowie zobaczył, że za kilka minut odjeżdża skład bezpośrednio do Oświęcimia, nagle zatrzymał się w miejscu. Przez chwilę wahał się, ale ostatecznie wybrał samochód. W drodze do naszego auta myślałem, że jednak zmieni decyzję. Kilkukrotnie przystawał i wydawało się, że za chwilę zawróci na peron.

Jeżeli ma się szczęście i nie trafi się na korki, droga do Auschwitz zajmuje ponad godzinę. Po drodze małopolskie widoki co prawda mogą imponować, ale jeszcze bardziej dziwi fakt, że większość mieszkańców okolicznych wsi po wojnie twierdziła, że nie wiedziała co dzieje się w pobliskim obozie. – Jak? Jak oni mogli nie wiedzieć? – Grant powtarzał kilkukrotnie. – Przecież ludzie w pociągach krzyczeli, wyrzucali swoje walizki – mówi, a po chwili zaczyna opowiadać jedną z setek swoich historii.

– W trakcie transportu jakaś kobieta, która przeczuwała niebezpieczeństwo, wyrzuciła swoją torbę. Tego samego dnia znalazły ją jakieś Polki. Okazało się, że w środku było… dziecko! Adoptowały dziewczynkę, bo to była dziewczynka, i wychowali ją. Została lekarzem. Kiedy miała ponad dwadzieścia lat jej rodzice powiedzieli jej prawdę i dali naszyjnik z żydowskimi symbolami, który w momencie odnalezienia miała na sobie. Ta kobieta zdecydowała, że zmienia wiarę i wyjechała do Izraela. Sześć lat później w Jerozolimie wybuchła bomba. Razem z innymi lekarzami ratowała ludzi, a na klatce jednego z rannych znalazła taki sam naszyjnik! – Skąd to masz? – zapytała… Wiesz kim był ten człowiek? Jej ojcem – opowiada.

Kilka minut po wjeździe do Oświęcimia nasz samochód minął stojący na uboczu stary, zardzewiały wagon kolejowy. Momentalnie spojrzeliśmy na siebie. – Pomyślałeś to samo? – zapytał i chyba nie dało się nie skojarzyć kilkutonowego czerwonego wagonu z tysiącami podobnych, które przed siedemdziesięcioma laty zwoziły tu ludzi na śmierć.

Pokonać Wisłę Kraków

Tegoroczna wizyta Granta w Oświęcimiu nie była jego pierwszą. – Byłem tam w 1988 r., kiedy mój Hapoel Petach Tikwa grał z Wisłą Kraków w Pucharze Intertoto. Po wizycie w obozie część piłkarzy Hapoelu, nie-Żydów, była w takim szoku, że nie chciała grać. Ale i tak pokonaliśmy Wisłę 3:0 – wspomina z uśmiechem. – Jeden z piłkarzy znalazł wtedy część ubrania jednego z więźniów! Wyobrażasz to sobie? Po tylu latach to wciąż leżało sobie w ziemi. Zdecydowaliśmy, że oddamy ten materiał do muzeum.

W późniejszych latach Grant potrafił odwiedzać Oświęcim dzień po awansie do finału Ligi Mistrzów z Chelsea Londyn, czy tak jak w 2010 roku, kilkanaście godzin po awansie do finału FA Cup z Portsmouth. W tym roku po raz pierwszy Granta zabrakło na corocznym Marszu Żywych, organizowanym na część ofiar Holokaustu. – Problem był prozaiczny, bo… nie miałem w tamtym czasie lotu z Belgradu do Warszawy.

Tym razem w Oświęcimiu Izraelczyk był incognito. Nie przemawiał do tysięcy zgromadzonych ludzi, jak przed dwoma laty, a jedynie zwiedzał i słuchał historii Pawła – naszego przewodnika, rzecznika prasowego obozu Auschwitz-Birkenau.

W trakcie naszej wizyty szczególnie wzruszający był moment, kiedy na potrzeby filmu Grant wraz z reporterem Danem Walkerem ustawili się na torach dochodzących do rampy, na której przed laty brutalnie selekcjonowano Żydów i powolnym krokiem pokonywał kolejne metry zbliżając się do tego tragicznego w historii narodu izraelskiego miejsca. Wymowa tej sytuacji była tak niesamowita, że nawet postronni obserwatorzy zaczęli robić zdjęcia i nagrywać filmy.

Ojciec Granta nie chciał wrócić

W trakcie tych kilku dni Grant odwiedził także Bieżuń, gdzie przed wojną w masarni niemieckiego przedsiębiorcy pracował jego dziadek i ojciec a także Legionowo, gdzie Majer Grant wylądował po 1945. W planach była jeszcze wizyta w Lublinie, skąd Granat senior na zawsze opuścił Polskę wyruszając w daleką podróż przez Czechosłowację, Austrię, Niemcy, Francję i Cypr, aby dotrzeć do upragnionego Izraela. Niestety, na ten wyjazd zabrakło czasu.

Mimo wielokrotnych próśb Avrama śp. Majer Granat nigdy nie zdecydował się na powrót do Polski. – Prosił nawet moją siostrę, aby powiedziała mi, żebym już go nie namawiał – mówi Grant. Granat senior w rozmowie z „Dziennikiem Polska Europa Świat” zapewniał, że jego dzieciństwo w Mławie było sielankowe, ale po wojnie w Polsce dla Żydów nastało piekło na ziemi. Nie chciał do tego wracać. Nie chciał sobie niczego przypominać. Ostatni raz po polsku rozmawiał w 2008 roku. Mimo iż nie używał go sześćdziesiąt lat, świetnie pamiętał nasz język. Zmarł w szpitalu w październiku 2009. Jego syn – Avram Grant zapowiada kolejne wizyty w naszym kraju. Następną prawdopodobnie tuż przed Euro 2012. Wciąż nie wyklucza, że poprowadzi reprezentację Polski. Może już w eliminacjach do mistrzostw świata w Brazylii?

Sebastian Staszewski

Drukuj