Godzina 7:30. W nowojorskim metrze podziw wzbudza widok kobiety z piątką dzieci i szóstym w drodze, do tego zadbanej, z niesamowicie gęstymi włosami. Maluchy, których różnica wieku nie przekracza dwóch lat, rozmawiają żywo w niejednoznacznej hybrydzie językowej. Owy misz masz to jidysz. Twór powstały z kompilacji języka niemieckiego i hebrajskiego z naleciałościami z języków słowiańskich. Chłopcy w jarmułkach na głowach i z grubymi pejsami, zdają się zadawać kłam szalonym upałom, nosząc koszulki z długimi rękawami w czarno-beżowe pasy. Około dwuletni chłopiec siedzący na kolanach matki domaga się jedzenia. Kobieta stanowczo, aczkolwiek serdecznie, odmawia i uspokaja pozostałą gromadkę. Widzę niespokojne spojrzenie koleżanki siedzącej obok mnie – Dlaczego nie da mu tego snacka? – pyta na wpół zaspana i zdziwiona. Niemal automatycznie odpowiadam: – Nie miałby jak obmyć rąk przed zmówieniem brachy – mówię spokojnie i widzę uniesioną brew koleżanki. Wiem, że dla niej żydowski świat to osobliwość.

Następnego dnia wieczorem w poszukiwaniu ciekawych miejsc udaję się na Williamsburg, do dzielnicy z widokiem na Manhattan. Z hipsterskiego Williamsburga trafiam do ortodoksyjnej części żydowskiej. Jest sobota wieczorem. Kilkanaście minut po hawdali, modlitwie kończącej szabat. Czuć miks zapachów. Zapach wielkiego miasta, który miesza się ze smakowitym zapachem czulentu, kilku rodzajów kugla i rugelachów. Jest godz. 21:40, a dzieci biegają, jeżdżą na rowerach, natomiast kobiety stoją w kółku i głośno rozmawiają. Pada słowo „babka”, już wiem że dyskutowane jest menu na najbliższy szabat. Tutaj chasydzkie kobiety ściągają szajtel, czyli peruki i noszą na głowach coś na kształt zwiniętego w turban ręcznika. Piękne stroje zastępują sięgającymi kostek i nadgarstków skromnymi sukniami z zamkiem błyskawicznym na przodzie i dyskutują o bieżących sprawach. Tutaj są po prostu sobą. Wiem, że nie jestem ubrana odpowiednio skromnie. Spódnica sięgająca kolan, koszula z rękawami do połowy łokcia. Jestem z innego świata. Jadąc na dolny Brooklyn w kierunku plaży Coney Island, zatrzymuję się w części dzielnicy nazywanej Flatbush. Znowu widać tutaj jarmułki, ale już bez pejsów. Kobiety, które w większości noszą na swoich włosach szajtel, wyglądają jak wyjęte z hollywoodzkiej gali. Perfekcyjny makijaż, spódnice lekko za kolano i cudowna kolorowa biżuteria. Dzieciaki ubrane są w stroje z kolorowych magazynów, a i czerwona podeszwa od Louboutina nie uszła mojej uwadze. Zderzenie światów, tak różnych, a w kulturze i religii dokładnie takich samych.

Kilkanaście dni później, z miasta które nigdy nie śpi, przenoszę się do Tel Awiwu, czyli wiosennego miasta nad Morzem Śródziemnym, gdzie widok skąpych różowych, męskich slipek nikogo nie dziwi. Erec Izrael wita wszystkich Żydów rozsianych po świecie. Piękne sefardyjskie Żydówki opalają się w bikini, a  dzieci w różnym wieku budują knessety z piasku. Jutro zacznie się Rosz ha-Szana, czyli żydowski nowy rok. Z imprezowego Tel Awiwu do melancholijnej Jerozolimy jest około 60 kilometrów. Jerozolima to cud minionego świata, którego nie sposób opisać. Tutaj ceny nieruchomości są zabójcze, a widoki zapierają dech w piersiach.

Sąsiedztwo Starego Miasta i atmosfera mistycyzmu wzmaga się, kiedy wkracza się do Mea Szearim, dzielnicę zamieszkałą przez haredim. Niestety pierwsze co przychodzi na myśl to brud, który miesza się z piaskiem i płaczem dzieci, których ilości nie jestem w stanie zliczyć. Mężczyźni w  futrzanych czapkach na głowach spieszą do synagogi, oni nie muszą martwić się o byt swoich rodzin. To kobiety są odpowiedzialne za każdy niemal aspekt życia ogromnej rodziny. Jedyną rolą i celem życia mężczyzny jest studiowanie Tory i poświęcenie swojego życia Haszem. Państwo nie protestuje, a pozostali obywatele płacą. Haredim to społeczność ultra ortodoksyjna, gdzie postęp i technologia jest uznawany za coś przed czym należy się chronić. Haredim to najszybciej rosnąca grupa społeczna w Izraelu, będąca jednocześnie jedną z najbiedniejszych. Nie ma telewizji, dostępu do internetu, często nawet telefonu komórkowego.

W Mea Szearim nie kwestionuje się decyzji rabina oraz ojca. Kobiety noszą szajtel, długie suknie i rękawy, bardzo podobne do tych które widziałam na Williamsburgu. Jednak coś w tej społeczności wzbudza chęć poznania tego restrykcyjnego życia od podszewki, rodzi pytanie o cel i to jak udało się przetrwać w oderwaniu do współczesnego świata. Być może to właśnie skromność jest antidotum na dzisiejsze problemy. Całe życie jest dla kobiety haredi definicją zasad, obowiązków i praw którym się podporządkowuje i uczy tego samego swoje dzieci. Jedno łączy te wszystkie kobiety niezależnie od szerokości geograficznej: duma. Duma z bycia matką, żoną, córką, Żydówką i po prostu kobietą. Wyobraźmy sobie, że każda z tych kobiet, jej matka czy babka, chodzą dzisiaj po ulicach polskich miast: Lublina, Leżajska, Krakowa czy Warszawy. Jeszcze 65 lat temu państwo Izrael nie istniało, z kolei 75 lat temu to Polska, a nie USA miało największą diasporę żydowską na świecie. Rozmowy, szepty czy czasem tylko cichy podmuch wspomnień przypomina o tym straconym sąsiedztwie i niemal tysiącletniej wspólnej koegzystencji.

Iwona Wachel

Drukuj