Wieś Szebnie oddalona jest od Jasła o 9 km na wschód. Leży przy szosie prowadzącej z Jasła do Krosna. W czasie II wojny światowej należała do powiatu jasielskiego, który mieścił się w dystrykcie krakowskim i obejmował dzisiejszy powiat jasielski oraz powiaty gorlicki i część strzyżowskiego. Na jego czele stał starosta niemiecki Walter Gentz.
Założone przez Niemców obozy w Szebniach – jeniecki dla żołnierzy radzieckich oraz pracy przymusowej dla Żydów, Polaków, Ukraińców, Rosjan i Cyganów – były, obok obozów w Pustkowie, największymi i najważniejszymi miejscami odosobnienia we wschodniej części dystryktu krakowskiego.
Bardzo dobre pod względem komunikacyjnym położenie Szebni (m.in. przy linii kolejowej Jasło – Rzeszów, arterii prowadzącej z Morawskiej Ostrawy przez Bielsko, Nowy Sącz, Gorlice, Jasło i Sanok do Chyrowa, a stamtąd do Lwowa i Stanisławowa, oraz w pobliżu wybudowanego jeszcze przez Polaków lotniska wojskowego we wsi Moderówka) sprawiło, że po zakończeniu kampanii wrześniowej 1939 r. ulokowała się tu niemiecka kompania weterynaryjna.
Początkowo Niemcy zamieszkali we dworze Gorayskich, w miejscowej szkole i na plebanii oraz w domach okolicznych mieszkańców. Budowę obozu wojskowego rozpoczęto na wiosnę 1940 roku. Wybudowano 8 baraków, które do września 1941 r. służyły wojskom niemieckim, jako punkt etapowy, z warsztatami naprawczymi (kuźnia, stolarnia, ślusarnia), stajniami oraz lecznicą i salą zabiegową dla koni. Baraki te były jednocześnie zapleczem gospodarczym dla Niemców pracujących przy odbudowie lotniska w Moderówce. Po napaści Niemiec na Związek Radziecki, zamieszkująca Szebnie grupa niemieckich żołnierzy udała się na front, a obóz zaczęto przygotowywać na przyjęcie radzieckich jeńców. Na planie prostokąta o szerokości 180 m i długości 550 m o powierzchni ok. 10 hektarów, postawiono baraki, w których według źródeł niemieckich mogło pomieścić się do 10 tys. osób. Teren ogrodzono też kilkumetrowymi zwojami drutu kolczastego. Pierwszy transport z jeńcami przybył do Szebni 9 października 1941 r.; liczył ok. 2 tys. ludzi. Szacuje się, iż w grudniu tego roku w obozie było już do 6 tys. więźniów.
Pierwszym komendantem obozu został Adolf Schieler (lub Schuler), kolejnym zaś kapitan Lachner. Obaj mieszkali we dworze Gorayskich. W obozie panował głód, jeńcy zmuszani byli do pracy przy budowie baraków, a część pracowała w rafinerii nafty w Niegłowicach. Fatalne warunki sanitarne sprawiły, że 12 grudnia 1941 r. wybuchła trwająca trzy tygodnie epidemia tyfusu plamistego. W tym okresie umierało do 100 osób dziennie – głównie więźniów, ale chorowali też strażnicy i okoliczni mieszkańcy. Niemcy zlikwidowali obóz prawdopodobnie 30 września 1942 r., przenosząc więźniów do Przemyśla. Szacuje się, że zmarło w nim od 4 do 5 tys. jeńców.
Pół roku później, w marcu 1943 r., zarządzeniem Schernera, na terenie Szebni Niemcy zlokalizowali obóz pracy przymusowej. Zgromadzili w nim Żydów, Polaków, Ukraińców, Rosjan, Romów i Łemków. Józef Finkielstein z Krakowa, który był w jednym z pierwszych transportów jaki dotarł do obozu, pisał: „Wieczorem przyjechaliśmy do obozu w Szebniach. Tam umieszczono nas wszystkich w jednym baraku końskim. Wśród nas były trzy kobiety narodowości żydowskiej. Dwie zostały zatrudnione jako kucharki, a trzecia jako urzędniczka komendy. Przybyliśmy do obozu zupełnie pustego, natomiast zastaliśmy pilnujących obozu Ukraińców ze szkoły werkschutzu w Moderówce. Było ich czterdziestu”[1.1]. W kwietniu 1943 r. w obozie znajdowało się prawdopodobnie ponad 250 Żydów.
Pełna nazwa obozu szebniańskiego brzmiała: Der SS und Polizeifuhrer In Distrikt Krakau Zwangsarbeitslager Szebnie, ponieważ podlegał on dowódcy SS i policji w dystrykcie krakowskim Julianowi Schernerowi. Nadzór nad nim miał głównie szef sztabu Schernera – SS-Sturmbannführer Willi Haase. Haase, który w Szebniach był ok. 5 razy, zajmował się osadzaniem Żydów w obozie i ich „likwidacją”. Pod jego nadzorem w lesie koło Dobrucowej, we wrześniu 1943 r., rozstrzelano ok. 700 tarnowskich Żydów. Dowodził też akcją z 4 listopada tegoż roku, podczas której 2800 Żydów wywieziono do niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady Auschwitz.
Przez cały czas swego istnienia obóz miał 3 komendantów. Początkowo kierował nim Lagerfuehrer Anton Pospiech. 30.04.1943 r. komendantem mianowany został SS-Untersturmführer Anton Scheidt, który pełnił swe obowiązki do 15.06.1943 roku. Słynął on z uczt i orgii, jakie miał kilka razy w tygodniu urządzać we dworze Gorayskich, w którym rezydował. Niekiedy przychodził pijany wraz ze swymi gośćmi w nocy do baraków kobiecych i tam urządzał pokazowe apele, a jeśli któraś z kobiet zbyt późno ustawiła się w szeregu, karał ją od 5 do 15 uderzeń nahajką. Kazał również zastrzelić młodą Żydówkę, która przybyła transportem z Rzeszowa z gorączką, pod pozorem, że był to tyfus, a następnie wygłosił na apelu przemówienie na temat higieny[1.2]
Kolejnym komendantem został SS-Hauptsturmführer Hans Kellermann, o którym mówiono, że przed wojną był dyrektorem, czy też kierownikiem artystycznym opery. Grał na skrzypcach i fortepianie, lubił też otaczać się pięknymi kobietami; zatrudniał młode Żydówki i Polki jako pokojowe i kucharki. Żydzi mieli się cieszyć jego szczególnymi względami. Za rządów Kellermanna warunki w obozie znacznie się poprawiły. Zaczęto podawać więźniom lepsze jedzenie, nowy komendant zakazał policji porządkowej używania pejczy w czasie obchodów, wprowadził też wolne niedziele, w czasie których można było się wykąpać. Pozwolono mężczyznom przychodzić wieczorami do baraków kobiecych, gdzie więźniowie grali na harmonijkach i tańczyli, co zostało w późniejszym okresie zakazane. Byłe więźniarki obozu szebniańskiego, m.in. Mina Kalb oraz Regina Weiss podają, że pod koniec grudnia 1943 r. Kellermann prawdopodobnie ułatwił ucieczkę na Węgry pracującej u niego jako pokojówka Żydówce z Krosna i jej ojcu oraz rodzinie Volkmannów. Kalb po wojnie dostała od nich wiadomość świadczącą o tym, że udało im się przeżyć Zagładę[1.3]
Kellermann zakończył swoją „karierę” 31.12.1943 r., kiedy wraz z schutzpolicjantem Arturem Berndtem i niejakim Spekliandem został aresztowany za bezprawne przywłaszczenie sobie mienia pożydowskiego. Prawdopodobnie posądzono go także o zbyt zażyłe kontakty z Żydami. Regina Weiss twierdzi, że już po opuszczeniu przez niego Szebni, widziała pismo adresowane jego ręką, z którego wynikało, że osadzono go w Kulparkowie pod Lwowem (był tam szpital psychiatryczny).
Trzecim, ostatnim komendantem obozu w Szebniach był SS-Hauptsturmführer Karl Blank, który pełnił swe obowiązki przez dwa tygodnie, od 1 stycznia 1944 r. do likwidacji obozu 15 stycznia 1944 roku.
Oprócz komendanta, bardzo ważną funkcję pełnił Lagerfuehrer, faktyczny kierownik życia obozowego. W Szebniach było dwóch Lagerfuehrerów: wspomniany już wcześniej Anton Pospiech oraz Josef Grzimek. SS-Untersturmführer Josef Grzimek przybył do Szebni razem z transportem Żydów z Bochni. Posiadał już doświadczenie w pracy obozowej, będąc wcześniej komendantem żydowskich obozów w Rawie Ruskiej (liczący ok. 300 Żydów), Złoczowie (ok. 400 Żydów) i Bolechowie (ok. 500 Żydów), obejmował również samodzielne stanowisko w Julagu (Judenlager) RW we Lwowie. Były więzień Szebni, lekarz Edwin Biberstein-Opoczyński w swoich wspomnieniach określił przybycie Grzimka jako tragedię obozu. Do tej pory więźniowie polscy, ukraińscy, romscy oraz żydowscy mieszkali i jedli razem; nowy Lagerfuehrer nakazał oddzielić Żydów i urządzić dla nich osobną kuchnię. Od tego czasu w obozie było dwóch Lagerfuehrerów, osobny dla Żydów, osobny dla reszty więźniów.
Grzimek, jako Lagerfuehrer obozu żydowskiego słynął z niezwykłego okrucieństwa, zwłaszcza w stosunku do kobiet. We wspomnieniach byłych więźniów można znaleźć opisy wielu zbrodni, jakich dopuścił się na więźniach obozu w Szebniach. Mina Kalb relacjonuje m. in. sytuację z 30.11.1943 r., kiedy Grzimek zastrzelił 2 Żydówki, co widząc młody Żyd z Bochni, Chiel Zimetbaum, rzucił się na niego i zaczął wyzywać od niemieckich świń, morderców itp. Ukraińscy policjanci i O.D. natychmiast obezwładnili go, po czym skatowali. Następnie powieszono go za wykręcone do tyłu ręce na szubienicy (kara tzw. słupka) stojącej pośrodku placu apelowego, gdzie konał 7 dni, podtrzymywany przy życiu zastrzykami, które miały przedłużyć jego męczarnie. Zygmunt Gross wspomina, że Grzimek zabijał dziennie nawet 10–15 osób. Pomimo tego zwykł do więźniów mawiać „Ich bin fur Euch wie ein Vater”, stąd miał w obozie przezwisko „Tata”. Po wojnie został wydany w ręce polskie. 29.01.1949 r. sąd w Warszawie skazał go na karę śmierci, którą wykonano 18.02.1950 roku.
Resztę funkcjonariuszy obozu, według relacji byłych więźniów, stanowiło ok. 20 esesmanów i kilkunastu policjantów ochrony (Schutzpilizei). We wspomnieniach często pojawia się nazwisko szefa biura przyjęć więźniów (Aufnahme) Artura Berndta „Krzywej Główki” (z powodu skrzywionego kręgosłupa szyjnego), bardzo brutalnego, który miał zwyczaj chodzić z dwoma psami. Regina Weiss oskarża go o zastrzelenie na rozkaz komendanta Scheidta Żyda, który spóźnił się na kąpiel. Weiss czyni go również odpowiedzialnym za dokonanie egzekucji na 11 osobach po ucieczce Leona Klugera. Jedną z bardziej przyjaznych więźniom osób był z kolei Sturmscharführer Striebitz „Fajeczka”; podobno donosił on nawet Kellermannowi o krzywdach wyrządzonych Żydom przez innych esesmanów i strażników.
W straży obozowej było ok. 30 Ukraińców, specjalnie przeszkolonych w szkole straży przemysłowej (Werkschutz) w Moderówce. Jej absolwenci, głównie Ukraińcy i Gruzini, brali udział w większości akcji likwidacyjnych gett i egzekucji na terenie Podkarpacia. Ukraińcy byli używani głównie do pomocy esesmanom, pełnili też zewnętrzną wartę, pilnowali więźniów pracujących poza obozem oraz brali udział w egzekucjach. Były przypadki, że w straży obozowej znajdowali się żołnierze radzieccy – byli więźniowie obozu jenieckiego w Szebniach.
Do IX 1943 r. wszystkie stanowiska wewnątrz obozowe, takie jak blokowi, kapo, O.D. (Judisches Ordnungsdients) obsadzane były przez Żydów. Nie gwarantowało to jednak lepszego traktowania ze strony Niemców. Były więzień Szebni, lekarz Edwin Biberstein-Opoczyński, który został mianowany kapo komanda sortującego rzeczy po wysiedlonych z gett, wspomina, że pomimo pełnienia swej funkcji cierpiał straszny głód. Starszym obozu (Lageralteste) był krakowski Żyd Aleksander Brandys, jego zastępcą, również Żyd pochodzący z Krakowa, Edward Elsner. Judisches Ordnungsdients liczyła ok. 100 Żydów, umundurowanych i uzbrojonych w gumowe pałki, których dowódcą był niemiecki Żyd Tiessler (podobno podczas I wojny uratował życie komendantowi obozu Kellermanowi). Wszyscy oni zginęli w ostatniej egzekucji 8 listopada 1943 roku. Żydów zatrudniano też w magazynach (ich kierownikiem był Żyd Feit) i jako personel medyczny (głównym lekarzem obozu był dr Steinberg, a jego zastępcą wspominany już dr Biberstein-Opoczyński). Funkcje obozowe pełniły też Żydówki: urzędniczki biura komendy obozu Ewa Schreiber i Emilia Bierman (gońcem tego biura był Żyd Adolf Wolfgang), telefonistka przy centrali telefonicznej Margot Eichhorn z Chemnitz, urzędniczki zarządu Gustia Wolfowa i Rosi Wolmutówna. Ta ostatnia, pochodząca z Bielska, była odpowiedzialna za rejestrację przybyłych. Osoby te stanowiły dla więźniów bardzo ważne źródło informacji o świecie zewnętrznym i pozwalały im uzmysłowić sobie aktualne położenie.
Obóz pracy przymusowej w Szebniach uchodził za jeden z najlepszych obozów dla Żydów w całym Generalnym Gubernatorstwie, a warunki panujące w nim do czasu rozpoczęcia masowej likwidacji więźniów żydowskich, określano nawet jako „prawie zadowalające”[1.4].
Obóz dzielił się na dwie części: wschodnią dla załogi niemieckiej (tzw. Wachblok) i zachodnią dla więźniów. Do każdej z nich prowadziła brama, ale używano tylko tej znajdującej się w Wachbloku, przy której wisiały 2 chorągwie: czerwona hitlerowska ze swastyką i czarna z emblematami SS. W północnej części Wachbloku postawiono 4 duże magazyny, w których zgromadzono przedmioty wartościowe zabrane Żydom w czasie likwidacji gett. Cały obóz liczył 20 baraków; Żydów zaś ulokowano w północnej jego części w 12 barakach o dł. ok. 40 m, osobno mężczyzn, osobno kobiety. Po ich wymordowaniu w listopadzie 1943 r. baraki te zamieniono na magazyny. W obozie znajdowały się też: łaźnia, pralnia i odwszalnia, 30-łóżkowy szpital i ambulatorium, areszt obozowy zwany bunkrem oraz kuchnie: oddzielna dla Polaków i dla Żydów. Obóz otoczony był zwojami drutu kolczastego, dookoła znajdowało się 6 wież strażniczych z reflektorami. Więźniowie mieszkali w drewnianych, nieogrzewanych barakach bez podłóg i okien. Spali na piętrowych pryczach pokrytych słomą, posiadali też lichą pościel w postaci dwóch, niekiedy bardzo zniszczonych. pledów. Racja żywieniowa wynosiła 25 dag chleba na dobę, ¾ l czarnej kawy bez cukru na śniadanie i kolację, i tyle samo rzadkiej ziemniaczanej lub brukwiowej zupy na obiad. W okresie, gdy komendantem obozu był Kellerman, wyżywienie więźniów nieznacznie się poprawiło; do chleba dodawano czasem odrobinę margaryny lub buraczanej marmolady, a do zupy trochę pęczaku, a nawet podrobów końskich. Dzień w obozie rozpoczynał się pobudką o 4 i apelem o 5 rano, po którym następowało śniadanie i wymarsz kolumnami do pracy, trwającej, z jedną przerwą na obiad, 12 godzin. Więźniowie wracali do obozu na apel o godzinie 19, po którym dostawali kolację i szli na spoczynek.
Żydzi pracowali w warsztatach rozmieszczonych na terenie obozu, początkowo niektórzy wychodzili do pracy poza obóz. W Szebniach znajdowały się zakłady: szewski, stolarski, bieliźniarski, ślusarski, elektromonterski, zegarmistrzowski, koszykarski, a także drukarnia. Najwięcej jednak było warsztatów krawieckich, w których wykorzystywano zabrane z gett maszyny do szycia. Oblicza się, że od sierpnia do października 1943 r. pracowało tu ponad 700 żydowskich krawców, szyjąc głównie odzież dla niemieckiego zarządu obozu i wojska. Komisarycznym zarządcą warsztatów pracy był Żyd Tittman z Chemnitz. Pracujących nadzorowali esesmani: Sturmmann Richard Larisch (volksdeutsch) i Sturmmann Ehrbach.
Byli więźniowie określają warunki panujące w warsztatach jako na ogół znośne. Źle wspominają natomiast tzw. „czarną robotę”, do której zmuszano niektórych z nich, głównie za karę. Polegała ona na wykonywaniu bezsensownej czynności, wymagającej jednak dużego wysiłku fizycznego, jak np. przenoszenie mebli z jednej strony obozu na drugą, przy czym często towarzyszyło temu bicie i strzelanie.
Poza warsztatami pracę przymusową więźniów wykorzystywano też w trzech podobozach Szebni: w Rymanowie, we wsi Cieszyna i w żydowskim obozie w Krośnie. Obóz rymanowski powstał w czerwcu 1943 r. w celu rozebrania baraków po zlikwidowanym wcześniej obozie dla jeńców radzieckich. W Cieszynie natomiast więźniowie żydowscy pracowali w kamieniołomach, wydobywając kamień potrzebny prawdopodobnie do umocnienia schronu dla Hitlera, zbudowanego w pobliskiej Stępinie. Z kolei w obozie w Krośnie przebywały głównie Żydówki, w liczbie ok. 125, obsługując tamtejsze lotnisko. Był to początkowo samodzielny obóz, po utworzeniu placówki w Szebniach podporządkowany tamtejszemu komendantowi. Podobóz krośnieński zlikwidowano na krótko przed likwidacją obozu szebniańskiego, a jego więźniów przeniesiono do Szebni. Oprócz tego więźniowie pracowali też przy asfaltowaniu szosy z Jasła do Gorlic i w komandach rolnych (Edmund Biberstein wspomina np. pracę przy kopaniu buraków na folwarku w Zimnej Wodzie). Ponadto więźniowie pracowali przy rozbudowie obozu, w żwirowni na Jasiołce, w gospodarstwie rolnym, przy naprawach dróg, przeładunkach na stacji kolejowej w Moderówce i w rafinerii ropy naftowej w Niegłowicach. Przebywanie poza obozem dawało możliwość ucieczki. Oblicza się, że z obozu pracy w Szebniach uciekło łącznie ponad 20 osób różnych narodowości. Jedną z bardziej spektakularnych była ucieczka Leona Klugera, motocyklisty krakowskiego klubu Makabi, pracującego jako kapo garaży obozowych. Został on wysłany bez strażnika do Jasła, aby naprawić samochód Kellermana. Razem z nim pojechał też inny więzień, Zygmunt Ichhauser. Po przybyciu na miejsce porzucili samochód i obaj zbiegli. Za tę ucieczkę zostało rozstrzelanych 11 osób: 5 Żydów i 6 Żydówek, w tym urzędniczki siostry Gusti Wolf i Rosi Wohlmuth. Rosi, widząc, że siostra wytypowana została na rozstrzelanie zaoferowała się, że pójdzie zamiast niej, gdyż Gusti miała dziecko. Niestety, w efekcie obie zostały zastrzelone.
Uciec udało się także gońcowi obozowemu, młodemu Żydowi Adolfowi Wolfgangowi. Z początkiem listopada 1943 r., wiedząc o likwidacji więźniów żydowskich, ukrył się on przy pomocy pokojówki Anny Nowak na strychu dworu Gorayskich. Tam zaczekał na sprzyjającą okazję, która nadarzyła się pod koniec grudnia 1943 r., w związku z aresztowaniem komendanta Kellermana, co wywołało zamieszanie. W tym samym czasie uciekło również 7 Żydów, o czym wspomniano już wcześniej: pokojówka komendanta Hilda Feuerlicht z ojcem, przełożony gminy żydowskiej z Tarnowa Szwed z żoną, córką i zięciem oraz oberkapo Volkmann.
Żydzi stanowili największą grupę więźniów obozu szebniańskiego. Na przełomie października i listopada 1943 r. proporcje między więźniami polskimi i żydowskimi szacunkowo wynosiły: 1400–1500 Polaków i 3500 Żydów. Więźniowie żydowscy byli inaczej traktowani, nie posiadali akt osobowych, nie nadawano im też numerów obozowych, tak jak innym więźniom, a wszelkie zarządzenia dotyczące życia wewnątrz obozowego dotyczyły tylko więźniów z nieżydowskiej części obozu.
Relacje więźniów żydowskich z więźniami polskimi Biberstein określa jako bardzo dobre. Położenie Polaków w obozie było nieco lepsze, mogli np. otrzymywać z zewnątrz paczki żywnościowe. Często ich rodziny płaciły z góry okolicznym wieśniakom za dostarczanie krewnym do obozu mleka i innej żywności, którą ci dzielili się także z Żydami. Biberstein wspomina proboszcza tamtejszej parafii, który wysyłał do obozu chleb, zaznaczając, że ma on być przeznaczony tylko dla Polaków. Chlebem tym dzielił się z nim niejaki Klima z Woli Duchackiej (ojciec kolegi z gimnazjum Bibersteina). Autor wspomnień zaznacza, że przyjaźnie ocalałych więźniów Polaków i Żydów przetrwały wojnę.
Początkowo w obozie szebniańskim przebywali wyłącznie ludzie dorośli, gdyż zabieranie do niego dzieci było zakazane. Jednak z czasem zdarzało się, że rodzice podczas wysiedleń z gett ukrywali swoje dzieci w walizkach i pościeli. Były więzień Szebni, Zygmunt Gross pisze, że w transporcie, z którym przybył z Rzeszowa znalazło się trochę dzieci, przemyconych właśnie w ten sposób. Część dzieci dotarła też do obozu w późniejszych transportach z gett w Tarnowie i Bochni. Byli więźniowie relacjonują, że było ich w obozie kilkadziesiąt, od najmłodszych do 14-letnich. Spały w barakach, razem z matkami, starano się, aby młodsze dzieci jak najmniej wychodziły na zewnątrz, a w czasie kontroli ukrywano je pod pościelą na najwyższych kondygnacjach prycz. Starsze dzieci (6–14 lat) natomiast używano do posyłek. Prawdziwą „maskotką” obozu był 8-letni Leoś, synek Gustii Wolf, która została zastrzelona wraz z 10 innymi Żydami po ucieczce Klugmana. Razem z bratem, 4-letnim Markiem, Leoś także został wysłany na rozstrzelanie i nie pomogło nawet wstawiennictwo u Kellermanna specjalnej delegacji obozowej.
W obozie funkcjonował niewielki szpital oraz ambulatorium. 30.03.1943 r. zgłosił się w Płaszowie ochotniczo do Szebni doktor Edmunt Biberstein-Opoczyński, razem z 6 innymi lekarzami (dr Kepler z Krakowa, dr Biberstein, dr Dora Wasserberger, dr Paulina, dr Gutmanowa, dr Lewingerowa) i 12 pielęgniarkami oraz pewną grupą fachowców. Z jego relacji dowiadujemy się o tym, jak funkcjonował obozowy szpital. Autor wspomnień podaje, że przed jego przybyciem w obozie znajdował się już jeden lekarz, a był nim dr Steinberg, główny lekarz obozowy. Niewielką tylko część lekarzy, przybyłych w transportach z Tarnowa i Bochni skierowano do szpitala, resztę wcielono do komisji sanitarnej.
Obóz wywarł na przybyłych niesamowite wrażenie z powodu zwojów drutów, jakimi był otoczony. Pomimo tego, początkowo pozwolono przybyłym lekarzom wychodzić poza obóz, kupować żywność i otrzymywać pocztę. Ich sytuacja zmieniła się po ucieczce więźnia (6 kwietnia 1943 r.), pracującego jako ogrodnik we dworze Gorayskiej. Autor wspomnień znalazł się wśród 4 zakładników, wybranych przez Oberscharführera Pospiecha, pod nieobecność komendanta obozu Scheidta, którzy mieli zostać zastrzeleni, ostatecznie jednak Oberscharführer Pospiech zamienił im karę śmierci na 25 batów. Potem wszyscy zostali przeznaczeni do karnej pracy przy sortowaniu garnków przywożonych z likwidowanych gett. Po jakimś czasie komando karne zamieniono im na normalne, do którego dołączono także innych lekarzy i pielęgniarki. Po rozpoczęciu organizowania szpitala obozowego Bibersteinowi przydzielono szereg funkcji, m.in. chirurga na sali męskiej, kapo grupy sanitarnej, organizatora pracowni bakteriologicznej. Razem z doktorem Steinbergiem pracował też jako lekarz badający osoby różnych narodowości przybywające do obozu w kolejnych transportach. W maju 1943 r. został wysłany jako lekarz do Rymanowa, a do Szebni, jak pisze, wrócił dopiero po 9 tygodniach. Autor objął w urządzonym już szpitalu te same funkcje, co przed wyjazdem do Rymanowa i wraz z innymi lekarzami pracował tam bezinteresownie. Wspomina, że polscy lekarze byli ubrani w obozowe pasiaki z czerwonym pasem i numerem na plecach i piersiach, natomiast Żydzi mogli chodzić w ubraniach cywilnych.
Niemcy żądali od lekarzy donoszenia o wszelkich przypadkach zachorowań, a gdy zauważyli, że pacjent gorączkuje wypytywali o niego bardzo szczegółowo, obawiając się, że może być to choroba zakaźna. Choroby zakaźne nie były tolerowane, chorych takich rozstrzeliwano lub truto za pomocą cyjankali, dlatego też lekarze starali się za wszelką cenę zatajać takie przypadki, pod pozorem zapalenia płuc, grypy itp. Często jednak Niemcy nie dowierzali lekarzom i zmuszali ich do powiedzenia prawdy. Chorych wynoszono wtedy za barak i uśmiercano strzałem w kark. Niemcy nie tolerowali również sytuacji, gdy zbyt wielu pacjentów było zebranych w korytarzu ambulatorium, zdarzało się nawet, że grozili lekarzom rozstrzelaniem za to, że tolerują mało ważne, według nich, schorzenia. Biberstein wspomina, że całą uwagę Niemcy skupiali na utrzymaniu pedantycznej wręcz czystości w szpitalu i tego też wymagali od pracujących w nim lekarzy. Leczenie chorych było rzeczą drugorzędną, gdyż i tak byli oni w większości skazani na śmierć. Byli więźniowie obozu pracy w Szebniach, zarówno Żydzi, jak i Polacy wspominają, że jeśli ktoś już trafił do szpitala, to rzadko zdarzało się by z niego powrócił.
W sierpniu, wrześniu i październiku 1943 r. zaczęto przywozić do Szebni transporty osób wysiedlonych z okolicznych gett, liczące jednorazowo nawet ponad tysiąc osób. We wrześniu, z powodu likwidacji resztek gett, z Krakowa, Bochni (akcją kierował Willi Haase), Tarnowa (akcją kierował Amon Goeth), Rzeszowa i Przemyśla, nadeszły do obozu największe transporty Żydów. Regina Weiss, która zajmowała się rejestracją przybyłych wspomina, że 26.09.1943 r. przywieziono do Szebni ok. 700 Żydów z Tarnowa. Wszystkie osoby z tego transportu oraz komando młodych kobiet z obozu szebniańskiego, które akurat wróciło z pracy – łącznie koło 1000 osób – Niemcy wywieźli autami w kierunku Tarnowic, skąd nikt już nie powrócił. W gronie tych ludzi był mały Leoś z bratem i jeszcze jednym 12-letnim dzieckiem. 4 listopada 1943 r. wysłano do niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady Auschwitz 2800 osób, pozostawiwszy w obozie ok. 700 Żydów. Ok. 500 osób Niemcy rozstrzelali potem w lesie w Dobrucowej, 8 listopada 1943 r. około 120 osób zostało przetransportowanych do obozu w Pustkowie, a kolejnych 20 – do obozu w Krośnie.
Jesienią 1943 r. Niemcy przewieźli do obozu ok. 700 Żydów z getta w Tarnowie. Z tej grupy do pracy przeznaczono ok. 300 osób. Resztę, do której dołączono 300 Żydów z obozu, Niemcy rozstrzelali 22 września w lesie w Dobrucowej. Ciała ofiar spalono. 3 września 1943 r. trafiła tu także grupa Żydów z Rzeszowa. W tym samym czasie przywieziono tu 1600 Żydów z getta w Bochni. 5 listopada 1943 r. 4237 więźniów, wśród których było ok. 2800 Żydów z tego obozu, ze stacji kolejowej w Moderówce wywieziono do niemieckiego-nazistowskiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Po przybyciu na miejsce, 2889 więźniów od razu trafiło do komór gazowych.
Więźniów rozstrzeliwano także na terenie obozu przez cały czas jego istnienia. Ciała ich grzebano w tzw. Dołach Bierowskich, ok. 0,5 km od obozu.
Regina Weiss wspomina, że gdy w obozie zostało już tylko około 100 Żydów, zapanowała wśród nich apatia i zniechęcenie. Pracowali niewiele, na co Niemcy mieli przymykać oko, za to pili dużo wódki.
Obóz pracy przymusowej w Szebniach Niemcy zlikwidowali 2 lutego 1944 r., przenosząc resztkę pozostałych więźniów do obozu płaszowskiego. W rozbieraniu baraków uczestniczyło ok. 120–150 Żydów, sprowadzonych specjalnie w tym celu z Krosna. Jak zeznała jedna z więźniarek, dokumentacja obozu w Szebniach została spalona w czasie ewakuacji obozu w Płaszowie.
Bibliografia
- Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, relacja Edmunda Bibersteina-Opoczyńskiego, sygn. 301/3194.
- Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, relacja Zygmunta Grossa, sygn. 301/4588.
- Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, relacja Miny Kalb, sygn. 301/4674.
- Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, relacja Leona Klugera, sygn. 301/3231.
- Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, relacja Stanisława Skowronka, sygn 301/4709.
- Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, relacja Władysława Śmietany, sygn. 301/4710.
- Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, relacja Reginy Weiss, sygn. 301/4730.
- Arczyński M., Balcerak W., Kryptonim „Żegota”. Z dziejów pomocy Żydom w Polsce 1939–1945, Warszawa 1979.
- Zabierowski S., Szebnie. Dzieje obozów hitlerowskich, Rzeszów 1985.
- [1.1] Za: Zabierowski S., Szebnie. Dzieje obozów hitlerowskich, Rzeszów 1985, s. 63.
- [1.2] Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, relacja Reginy Weiss, sygn. 301/4730,s. 28.
- [1.3] Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, relacja Miny Kalb, sygn. 301/4674, s. 6.
- [1.4] Arczyński M., Balcerak W., Kryptonim „Żegota”. Z dziejów pomocy Żydom w Polsce 1939–1945, Warszawa 1979, s. 239.
