W Polsce jest postacią niemal zupełnie nieznaną, podobnie jak dzieje utworzonych przez nią domów dziecka w Rabce i Zakopanem, zakończone brawurową akcją wywiezienia podopiecznych z Polski przez Francję do Izraela.

Lena Kichler (1910–1987), nauczycielka i psycholożka, wychowanka krakowskiego Gimnazjum Hebrajskiego i absolwentka Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, w ciągu pięciu powojennych lat poświęciła się niezwykłej misji opieki nad około setką żydowskich sierot, które ocalały z Zagłady.

Bezpośrednio po zakończeniu wojny 35-letnia Lena Kichler, podobnie jak inni ocaleńcy szukała jakiegoś celu, wokół którego mogłaby odbudować swoje życie. Z mężem, który w czasie okupacji wielokrotnie dowiódł swej nikczemności, nie chciała już mieć nic wspólnego, a o czwórce swego rodzeństwa, które przedostało się po wybuchu wojny na wschód, nie miała od 1941 r. żadnych wieści. Jedynie jeden z braci, Nesanel, przedwojenny komunista, wrócił ze Związku Radzieckiego i zajmował się instalowaniem władzy ludowej w Krakowie. Ukochana siostra Fela, która podobnie jak ona ukrywała się po „aryjskiej stronie” w okolicach Warszawy, tuż przed wyzwoleniem została wydana Niemcom i bestialsko zamordowana.

Z odrętwienia wydobyła się dzięki propozycji prof. Stefana Szumana, umożliwiającej podjęcie pracy naukowej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wiosną 1945 roku młoda psycholożka zaczęła intensywne pracować nad doktoratem. Jednakże dwa miesiące później stanęło przed nią dużo ważniejsze zadanie: zorganizowanie opieki dla setki ocalałych żydowskich sierot, które w bardzo złych warunkach przebywały w budynku krakowskiego Komitetu Żydowskiego (KŻ).

Siedziba KŻ, narożny gmach położony przy ul. Długiej 38, był jedynym budynkiem, którym dysponowali Żydzi. Miasto nie zwróciło im ani wybudowanego z ich składek szpitala, ani innych nieruchomości należących do gminy żydowskiej. To tam, z konieczności, koncentrowała się cała pomoc dla ocaleńców – na ograniczonej powierzchni mieściły się: szpital, przychodnia, stołówka, dom dziecka, internat, punkt wydawania żywności, rozdziału ubrań, a także punkt informacyjny dla poszukujących się rodzin. Co dzień przybywały tam setki ludzi, wracających z kacetów, którzy szukali różnych form wsparcia.

Do obsługi była tylko garstka działaczy komitetu – osób, które same też były ocaleńcami. Mieszczący się tam sierociniec był w istocie prowizoryczną przechowalnią, dla dzieci, które na ogół włóczyły się po ulicach, aby ukraść coś do jedzenia. Brakowało pomieszczeń, wyposażenia, żywności, ubrań, pieniędzy, a także odpowiednio przygotowanego personelu.

W związku z poważnym stanem zdrowia sierot, które w większości chorowały na gruźlicę, komitet postanowił zorganizować lecznicze domy dziecka w podhalańskich uzdrowiskach Rabce i Zakopanem.


Po zapoznaniu się z bardzo złą sytuacją krakowskiego sierocińca, Lena postanowiła stworzyć dzieciom warunki, które umożliwią im powrót do normalnego życia. Zarzuciła podjęty wcześniej projekt naukowy i całym sercem zaangażowała się w pracę na rzecz ocalałych sierot.

Jako dobrze wykształcona psycholożka zdawała sobie sprawę, że u dzieci, które przeszły kilkuletnie piekło, pierwszą, najbardziej podstawową potrzebą jest zaspokojenie głodu. Przede wszystkim musi być chleb. A ponieważ w KŻ wciąż brakowało środków, sama wyruszyła na poszukiwanie żywności i pieniędzy. Lena miała nie tylko wiedzę, ale wytrwałość, upór i siłę przebicia, które działały cuda. Ta drobna osóbka przebojem wkraczała do przeróżnych urzędów, domagając się tego, co uważała za konieczne, i nie wychodziła, póki tego nie uzyskała.  

Jednocześnie opracowywała dla tworzonych placówek leczniczych plany działalności i kosztorysy wyposażenia domów, ich utrzymania i zatrudnienia personelu. Poprzeczkę postawiła wysoko – uważała bowiem, że dzieci po tym, co przeszły, muszą mieć zagwarantowane naprawdę dobre warunki. Domy mają być jasne, wesołe – sam ich widok powinien być dla nich sygnałem, że odtąd są bezpieczne, że straszne czasy bezpowrotnie minęły.

Trudnym zadaniem okazało się skompletowanie odpowiedniego personelu opiekuńczego – jeszcze w krakowskim sierocińcu Lena przeprowadziła natychmiastowe zmiany kadrowe, bo jego straumatyzowana kierowniczka zupełnie nie nadawała się do pełnienia swej roli. Dlatego też pośród powracających z obozów kobiet, które często potraciły całe swoje rodziny, Lena poszukiwała takich osób, które zdecydują się potraktować pracę z sierotami jako misję, jako nowy cel życiowy pozwalający im samym wydobyć się z rozpaczy. Tłumaczyła im, że dając osieroconym dzieciom miłość, otrzymają od nich w zamian to, czego im tak brakuje. Że ta wymiana pomoże im zaleczyć własne rany. Jej intuicja była trafna. Jak tego dowiodły losy domu dziecka w Zakopanem i potem we Francji, udało jej się zgromadzić wyjątkowy zespół zaangażowanych kobiet.

Gdy pierwsza z trzech wynajętych w Rabce willi była już gotowa do użytku, w dniu 9 czerwca 1945 r. przybyła tam pierwsza kilkunastoosobowa grupa dzieci wraz z nowozatrudnionym personelem. W kolejnych tygodniach docierały nowe grupy dzieci aż do zapełnienia wszystkich trzech willi: Stasin, Niemen i Juras położonych przy ul. Słonecznej.

Położony na Chramcówkach duży zakopiański pensjonat „Leśny Gród”, którego kierownictwo powierzono Lenie, ruszył o miesiąc później i szybko się zapełniał. Tam także było miejsce dla setki dzieci.

We wspomnieniach byłych wychowanków, którzy wtedy, latem 1945 r. trafili do Rabki i Zakopanego – niezależnie od antysemickich napaści, które miały tam miejsce – pobyt w tych domach jawi się paradoksalnie jako idylla. Kontrast z przeżytym w czasie okupacji koszmarem, czego w jakimś sensie przedłużeniem był pobyt na Długiej 38, był ogromny.

W wydanych przez Janinę Naskalską-Babik w 2021 r., listach Janka Machaufa pisanych z Rabki ocalały trzynastolatek entuzjastycznie pisze do matki o rzeczach zdawałoby się elementarnych:

„Nasze łóżka są jednakowo wyekwipowane w koce, materace i poduszki. […] Panuje tu wzorowa czystość, [...] nawet ściany i szyby sprawiają mile wrażenie”, a także szczegółowo relacjonuje jadłospis:  „[śniadanie] składa się [...] z dowolnej ilości chleba z jajecznicą lub z masłem i kawy lub mleka. Drugie śniadanie składało się dziś z kaszy obficie masłem omaszczonej i pocukrzonej, wszystko to jest w dowolnych ilościach[1.1].

Inny wychowanek Natan Schacht, wspominając po sześćdziesięciu latach przyjazd do „Leśnego Grodu”, mówił, że pierwszego posiłku w jadalni, podanego na nakrytych białymi obrusami stołach nie zapomni do końca życia[1.2].


Tym, co pozwalało dzieciom nie tylko zregenerować siły fizyczne, ale i zapomnieć o strasznych przeżyciach, była swobodna zabawa na świeżym powietrzu, sporty, słońce, piękno górskiego krajobrazu. Do tego zawiązywały się przyjaźnie, tworzyły się relacje koleżeńskie. W domu dziecka panowały stosunki quasi-rodzinne, wprowadzono też za Korczakiem demokratyczne instytucje dziecięce, takie jak samorząd, sąd i gazetka ścienna.

Dzieci, podzielone na grupy wiekowe, miały stałych wychowawców, których pracę Lena inspirowała, wspomagała i kontrolowała. Wprawdzie tak dzieci, jak i ich dorośli opiekunowie cierpieli na to, co teraz byśmy nazwali zespołem stresu pourazowego – na jawie dręczyły ich powracające obrazy traumatycznych przeżyć, a w nocy koszmarne sny – to jednak ogólna aura przywoływanych przez wychowanków po latach wspomnień z podhalańskich sierocińców jest promienna. Dominuje zachwyt: poczucie, że są bezpieczni, że nie muszą już sami walczyć o przeżycie, że ktoś inny się nimi opiekuje. Słowem: wreszcie mogą być znowu dziećmi.

Lato 1945 r. było w zapełnionym już „Leśnym Grodzie” przeznaczone na regenerację sił, ale w sierpniu zaczęły tam docierać alarmujące wieści z Rabki. W nocy w niedzielę 12 sierpnia, dokładnie następnego dnia po pogromie krakowskim, zostały ostrzelane dwie sąsiadujące ze sobą wille, a do jednej wrzucono granat. W rabczańskim domu dziecka przebywała wtedy setka dzieci, a opiekujący się nimi personel stanowiły same kobiety. W kolejnych tygodniach – zawsze w niedzielną noc – napastnicy ponawiali zbrojne ataki, które gwałtownie przybierały na sile.

Przebieg zdarzeń na podstawie źródeł ustaliła i szczegółowo opisała badaczka losów Żydów na Podhalu, Karolina Panz w 2015 roku.

Otóż dwóch cieszących się ogólna estymą nauczycieli z prywatnego Gimnazjum Wieczorkowskiego: 35-letni ks. Józef Hojoł i starszy odeń Edmund Chodak, namówiło grupę starszych uczniów do ataków zbrojnych na sierociniec. Młodzi napastnicy tworzyli komórkę Ruchu Oporu Armii Krajowej (ROAK), byli też harcerzami, a ks. Hojoł, gimnazjalny katecheta, patronował obydwu tym organizacjom.

W prowadzonym później śledztwie duchowny stwierdził „że nie nakłaniał swych podopiecznych wprost do zabijania żydowskich sierot, chciał tylko „przepędzić” je z Rabki”. Z przesłuchań napastników wiadomo, iż „w ataku zostały użyte 2 rkm-y, jeden granatnik przeciwpancerny pancerfaust, 15 karabinów, 2 karabiny dziesięciostrzałowe, około 5 pistoletów maszynowych PPSz, 4 pistolety, jedna paczka granatów i jedna skrzynia amunicji”[1.3]. Jeden z napastników zeznał, że „w czasie trzeciego ataku zużył trzysta naboi z karabinu maszynowego”[1.4] .

Już następnego dnia po pierwszym ataku blisko 30 dzieci, które nie były zupełnymi sierotami, zostało pośpiesznie zabranych z Rabki przez przerażonych krewnych, a wille otrzymały zbrojną ochronę ze strony miejscowych władz. Opiekunki układały dzieci do snu na podłodze na korytarzach, z dala od okien i przeszklonych werand. Trzeci atak okazał się regularną bitwą miedzy napastnikami wspomaganymi tym razem przez dodatkowe siły ROAK[1.5], a broniącymi domu dziecka znacznymi siłami milicji i wojska.

Komitet Żydowski, który ze względu na poniesione nakłady wciąż zwlekał z zamknięciem ledwie otwartego domu dziecka i nie reagował na apele rabczańskiego personelu, ostatecznie musiał jednak podjąć decyzję o likwidacji domu dziecka. Do „Leśnego Grodu” przeniesiono 25 dzieci z Rabki – same „zupełne” sieroty, o które nie miał kto się upomnieć, a pielęgniarka z Rabki dołączyła do zakopiańskiego personelu.

Kierowniczka „Leśnego Grodu”, w miarę jak docierały do niej alarmujące wiadomości z Rabki, zaczęła starać się o zapewnienie swojemu domowi ochrony. Z początku uzyskała jedynie przydział kilku sztuk broni wraz z amunicją i pozwolenia na broń dla personelu, w tym dla niej samej. Na tarasie przeznaczonym do werandowania ustawiono ciężki karabin maszynowy i urządzenia sygnalizacji alarmowej. Lenie udało się też pozyskać wsparcie ze strony komendanta milicji w Zakopanem, który wyznaczył całodobowe dyżury milicjantów do pilnowania sierocińca, ci jednak głównie zajmowali się wykradaniem zapasów z magazynu. Ostatecznie Lena wywalczyła w krakowskim komitecie środki na zatrudnienie w charakterze ochrony kilku polskich Żydów, którzy wcześniej służyli w wojsku polskim lub sowieckim. Dzieci były więc strzeżone zarówno na terenie domu, jak i w czasie wyjść na zewnątrz, Lena stale nosiła przy sobie pistolet, a żydowscy ochroniarze – przy jej milczącej zgodzie – przeszkolili kilkoro nastolatków w posługiwaniu się bronią na wypadek ataku.


Jak ustaliła Karolina Panz w Zakopanem miał miejsce jeden zbrojny atak w nocy z 28 na 29 sierpnia 1945 r. , tym razem dokonany przez członków oddziału Józefa Kurasia „Ognia”. Inaczej niż w Rabce napaść nie zaskoczyła mieszkańców: pierwsze strzały spotkały się z natychmiastową odpowiedzią, po czym nastąpiła regularna wymiana ogniaWprawdzie początkowe próby zaalarmowania posterunku milicji spaliły na panewce, bo ktoś w centrali telefonicznej – zapewne w zmowie z członkami oddziału „Ognia” –  uniemożliwił połączenie, ale po użyciu racy sygnalizacyjnej, odsiecz nadeszła szybko i okazała się skuteczna. Napastnicy uciekli[1.6]

Przed końcem sierpnia trzeba było zapewnić dzieciom edukację szkolną. Ponieważ już w grudniu 1939 r. wszystkie dzieci żydowskie Niemcy wyrzucili ze szkół, większość miała ogromne zaległości. Podjęte przez Lenę Kichler starania na rzecz umieszczenia żydowskich uczniów w szkołach państwowych spotkały się z oporem lub zgoła sabotażem ze strony niektórych dyrektorów. Po jej stronie zdecydowanie stanął nowotarski inspektor szkolny Andrzej Zaręba, który nakazał dyrektorom przeegzaminowanie dzieci z „Leśnego Grodu” i przyjęcie ich do odpowiednich klas. Od września dzieci uczęszczały już do szkół, jednak niejednokrotnie spotykały się z agresją ze strony swych rówieśników, bywały także sekowane przez niektórych nauczycieli. W końcu Lena zabrała młodsze dzieci ze szkół i zorganizowała im naukę szkolną w domu. Sprzyjający jej i dzieciom inspektor utworzył w Leśnym Grodzie „szkołę sanatoryjną”, co zapewniło środki na jej utrzymanie.

Pod koniec 1945 r. grupa „Ognia” działała coraz zuchwalej, na Podhalu mnożyły się napady, w tym coraz liczniejsze morderstwa popełniane na Żydach. Do „Leśnego Grodu” podrzucano ulotki z jednoznacznymi groźbami śmierci pod adresem Żydów i „żydziątek”[1.7].

Lena zdawała sobie sprawę z narastającego zagrożenia i w czasie wizyt w Warszawie próbowała uprzytomnić ważniejszym działaczom CKŻ, jak niebezpieczne jest dalsze przebywanie dzieci w Zakopanem. We władzach centralnych dominowali jednak komuniści i bundowcy, którzy, przejęci utopijną wizją odbudowy żydowskiego życia w warunkach komunistycznej szczęśliwości, zarzucali kierowniczce domu dziecka „chęć dezercji” i stale nakazywali, by „trwała na posterunku”.   

Lena jednak czuła się matką tych wszystkich dzieci. Dlatego też postanowiła rozwiązać problem bezpieczeństwa dzieci za plecami CKŻ. Ryzykowała dużo, bo podlegała zarówno żydowskim komitetom, jak i państwowym władzom oświatowym, ale życie i zdrowie dzieci było dla niej najważniejsze. Zaczęła więc potajemnie szukać organizacji, która pomogłaby jej wywieźć cały dom dziecka za granicę. Przypadek sprawił, że weszła w kontakt z ultraortodoksyjną organizacją Vaad Hatzalah (VH) finansowaną przez amerykańskich rabinów. Działająca w Polsce emisariuszka VH Recha Sternbuch zaoferowała jej pełną pomoc w przerzuceniu dzieci do Francji. Organizacja zgodziła się przygotować paszporty i zapewnić transport do granicy w Zebrzydowicach, a następnie przez Czechosłowację i Niemcy do Francji.

W tym czasie celem Leny stało się doprowadzenie wszystkich dzieci, także tych najbardziej chorych, do możliwie optymalnego stanu zdrowia. W pierwszych miesiącach 1946 r. odbywają się liczne kuligi i wyprawy narciarskie, zawsze w obstawie ochroniarzy. Z jednej strony chodziło o to, aby w ten sposób wzmocnić dzieci i przygotować je na trudy podróży, z drugiej zaś o to, by przyzwyczaić mieszkańców Zakopanego do częstych wycieczek mieszkańców „Leśnego Grodu” – aby planowana na połowę marca „ostateczna wycieczka”, która zakończy się przekroczeniem polskiej granicy, nie wzbudziła podejrzeń.

Wszystko to robiono w tajemnicy przed działaczami komitetów żydowskich, krakowskiego i centralnego. Było to dodatkowym utrudnieniem, bo w domu dziecka często odbywały się wizytacje i kontrole, w tym również nieproszone odwiedziny żon warszawskich działaczy, które zjawiały się w „Leśnym Grodzie”, nie wiadomo, czy na przeszpiegi, czy też by skorzystać z atrakcyjnych darmowych pobytów w Tatrach. Lena musiała lawirować wśród zagrożeń, aby nie zdradzić się z tym, co przygotowuje.

Po tajnej naradzie z personelem opiekuńczym, w czasie której okazało się, że niemal wszystkie zatrudnione tam Żydówki i Żydzi chcą wyjechać z Polski razem z dziećmi, Lena musiała zdecydować, które dzieci pojadą, a które pozostaną. Tych, które miały kogoś z rodziny, nie mogła „porwać” bez wiedzy rodzica czy opiekuna. Zgodnie ze swoimi liberalnymi przekonaniami, Lena zapytała o zgodę na wyjazd wszystkie dzieci mające co najmniej 9 lat, zobowiązując je do zachowania sekretu. Odzew był, podobnie jak w wypadku personelu, jednomyślny: wszyscy wychowankowie nie mający rodzin chcieli wyjechać z Polski. Dla działaczy KŻ ta ucieczka, gdy już się dokonała, była ogromnym zaskoczeniem.

Ostatecznie spośród 82 dzieci obecnych w domu dziecka w dniu wyjazdu 22 pozostało, a sześćdziesięcioro wyjechało z Leną i z dwunastoma członkami personelu[1.8].

Warto tu zaznaczyć, że znana fraza „sto dzieci”, występująca w tytułach książek Leny Kichler i w filmach, odnosi się do przybliżonej liczby dzieci w „Leśnym Grodzie” (de facto przez ten dom dziecka przewinęło się ich nawet więcej), natomiast dzieci, które wywiozła z Polski, było dokładnie sześćdziesiąt.

Pięcioro z tej sześćdziesiątki to najmłodsze dzieci nazwane w domu „Bobolakami”, które  – dosłownie w ostatnich tygodniach przed ucieczką – udało się Lenie w „brawurowej akcji”odebrać z klasztoru sióstr urszulanek Księżówka. Było to trzech chłopców i dwie dziewczynki w wieku 3–5 lat,  które, ocalone z getta warszawskiego, trafiły jako niemowlęta „bez tożsamości” do warszawskiego Zakładu Sierot im. ks. Boduena. Po powstaniu warszawskim przewieziono je do Kowańca k. Nowego Targu, a stamtąd trafiły do Zakładu im. św. Andrzeja Boboli utworzonego przy klasztornym sierocińcu w Księżówce – stąd nazwa „Bobolaki”. Ponieważ dzieci te jako niemowlęta zostały ochrzczone i dostały fikcyjne imiona i nazwiska, kierownictwo urszulańskiego sierocińca uważało je poniekąd za swoją własność i nie zgadzało się na ich oddanie instytucji żydowskiej.

„Bobolaki” pojawiły się w „Leśnym Grodzie” na tyle późno, że nie było już dla nich paszportów; przed dotarciem na granicę zostały uśpione i załadowane do plecaków niesionych przez nastolatki.

Okoliczności towarzyszące przekroczeniu granicy polsko-czechosłowackiej w Zebrzydowicach były dramatyczne. Sowicie opłaceni przez VH polscy pogranicznicy wypuścili całą grupę z Polski bez sprawdzania dokumentów: ograniczyli się jedynie do przeliczenia osób i paszportów oraz do antysemickich okrzyków pod ich adresem. Jednakże Czesi skrupulatnie skontrolowali paszporty, które były nie tylko fałszywe, ale i byle jak wykonane, w związku z czym kategorycznie odmówili wpuszczenia grupy do Czechosłowacji. Dzieci wraz z personelem musiały więc koczować w Petrovicach przez dwa dni i dwie noce. Do końca nie było wiadomo, czy nie zostaną cofnięci do Polski. Ostatecznie czechosłowacka straż graniczna pozwoliła wymęczonym dzieciom i ich opiekunkom zająć miejsca w pociągu jadącym do Pragi. Po tygodniowym oczekiwaniu W Pradze na sporządzenie paszportów cała grupa została przewieziona autobusami do Francji.  

Ponieważ trasa prowadziła przez okupowane Niemcy, dziecięcy samorząd podjął jednogłośną decyzję, że niczyja stopa nie stanie na ziemi niemieckich zbrodniarzy. To „postawienie stopy” dzieci potraktowały literalnie, więc zamiast korzystać z przygotowanych przez VH noclegów, wszyscy spali w autobusach. Celem ich podróży było Barbizon, oddalony 70 km od Paryża, gdzie mieścił się zarządzany przez VH ośrodek.

W Barbizon panowały zupełnie inne zasady niż w „Leśnym Grodzie”: przymusowy rozdział płci, nacisk na praktyki religijne, brak zajęć i nauki szkolnej (nauczyciele i wychowawcy okazali się niepotrzebni!), dbałość jedynie o koszerność pożywienia, a nie o jego jakość, wreszcie brak elementarnych warunków higienicznych i zdrowotnych. Lena, która nie mogła się na to zgodzić, wyruszyła do Paryża, by prosić JOINT o przejęcie opieki nad dziećmi.

Kierownictwo Jointu zgodziło się na przekazanie wychowanków Leny pod skrzydła francuskiej organizacji opieki nad żydowskimi dziećmi OPEJ (Oeuvre de Protection des Enfants Juifs) i obiecało zapewnić im miejsca w organizowanym właśnie domu dziecka w zamku Combault pod warunkiem że ona sama wydostanie dzieci spod pieczy VH, ponieważ JOINT ani OPEJ nie chciały wejść w otwarty konflikt z ortodoksami, czego Lena dokonała w kolejnym brawurowym „porwaniu” w jej stylu.

Pojechała do Paryża i wymusiła na dwóch ważnych przedstawicielach organizacji podpisanie zgody na wydanie dzieci. Poprzedniego dnia poleciła personelowi i wychowankom, aby się potajemnie spakowali i ukryli bagaże na strychu. Zamówiła mające ich przewieźć do Combault ciężarówki dokładnie na godzinę rozpoczęcia szabatu. Doczekawszy tego momentu, okazała kierownikowi barbizońskiego domu uzyskany dokument, a cała grupa w tym czasie pobiegła do ciężarówek.

W Combault dzieci regenerowały siły i zdrowie przez trzy wakacyjne miesiące. Lena nie chciała jednak tam zostać, bo stworzony przez nią dom dziecka już w Zakopanem miał być czymś w rodzaju wielkiej rodziny: wspólnotą dzieci i ich dorosłych opiekunów. Tymczasem duży zamek w Combault był przewidziany na co najmniej 200 podopiecznych, więc jej własna 70-osobowa rodzina musiałaby się siłą rzeczy włączyć w szerszą instytucję francuską, w której straciłaby swoją niepowtarzalną tożsamość opartą na wspólnych doświadczeniach i silnych więziach międzyludzkich.

W OPEJ Lena znalazła zrozumienie dla swoich racji. Przydzielono jej wymagającą remontu dużą drewnianą willę w podparyskim Bellevue, dzielnicy Meudon. Organizacji brakowało środków, remont odwlekał się w czasie. Najstarsze nastolatki z własnej inicjatywy przeniosły się do Bellevue i wspólnymi siłami doprowadziły zrujnowany dom i zapuszczony ogród do porządku.

Ten drobny z pozoru rozdział ich historii pokazuje, ile się już zdążyło dokonać w ciągu zaledwie jednego roku, który upłynął od chwili, gdy znaleźli się w Zakopanem. A przecież jeszcze w Krakowie na Długiej wielu z tych nastolatków kradło czy stosowało przemoc, aby przetrwać straszny czas wojny.

Dalsze trzy lata funkcjonowania domu dziecka w Bellevue to czas dorastania dzieci, ich edukacji, wyborów dotyczących przyszłości[1.9]. Część z nich wyjechała na zaproszenie członków dalszej rodziny z różnych krajów, niektóre dzieci odnaleźli ocalali rodzice, kilkoro trafiło do rodzin adopcyjnych. Wielu zamożnych Żydów zza oceanu starało się o adopcję biednych sierot z Europy, obiecując zapewnienie im świetnych warunków rozwoju, czemu Lena była z gruntu przeciwna. Uważała, że ten, kto sam nie doświadczył Zagłady, nigdy nie zrozumie potrzeb psychicznych tych dzieci.

W miarę jak sama coraz bardziej stawała się syjonistką, dążyła do tego, by dzieci wyjechały do Palestyny. Gdy powstało państwo Izrael, grupa młodszych dzieci Leny uzyskała możliwość wjazdu do Izraela drogą legalną. Część starszych dzieci trafiła tam już wcześniej, różnymi nielegalnymi kanałami. Sześcioro z nich było na słynnym statku „Exodus”, cofniętym z wybrzeża Palestyny przez Brytyjczyków latem 1947 roku.

W marcu 1949 r. Lena z grupą ok. trzydzieściorga dzieci popłynęła z Marsylii do Izraela, Umieściła dzieci w kibucu Kvutzat Shiller koło Rechovotu. Sama, po jakimś czasie, zamieszkała w Tel Awiwie, wyszła ponownie za mąż za Mordechaja Zilbermana i urodziła córkę Szirę.

W drugiej połowie lat 50. i w latach 60. pisała książki oraz pracowała jako psycholożka i specjalistka od resocjalizacji dzieci. Opierała się przy tym na swoich doświadczeniach z ocalałymi dziećmi, ale chętnie propagowała zasadę, której nauczył ją jej dziadek: „Im trudniejsze dziecko, tym łagodniej należy z nim postępować”.   

 

Magdalena Smoczyńska

Czytaj więcej

Bibliografia

  • Boder D., David P. Boder Interviews Lena Kuechler, September 8, 1946, Bellevue, France, [w] Holocaust Voices [online] https://voices.library.iit.edu/interview/kuechlerL [dostęp: 22.10.2022]
  • Kaczorowska K., Lena Kichler, górale, oddział „Ognia” i żydowskie dzieci, Nasza Historia 2016

  • Kołodziejczyk M., Ksiądz Hołoj z Rabki. Bohater czy antysemita? Polityka, 25, z 20 czerwca 2017 [online] https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1708942,1,ksiadz-holoj-z-rabki-bohater-czy-antysemita.read [dostęp:22.10.2022]

  • Küchler L., Mayne Kinder, Paryż 1948

  • Küchler-Silberman L., Anu Ma'ashimim (We Accuse), Tel Awiw 1961

  • Küchler-Silberman L., Meah yeladim sheli, Yad Vashem 1959

  • Küchler-Silberman L., Ha-meah la-gvulotam, Schocken 1969

  • Küchler-Silberman L., Beit Imi, Schocken, 1985.

  • Kuraś B., „Skupiska żydowskie przepędzi się...”.Napady w Rabce na dzieci ocalałe z Holokaustu, Gazeta Wyborcza, 2016 [online] https://krakow.wyborcza.pl/krakow/7,42699,20214234,skupiska-zydowskie-przepedzi-sie-napady-w-rabce-na-dzieci.html [dostęp: 16.10.2022], s. 57-78

  • Naskalska-Babik J., „Jest mi tu dobrze i żyję w dobrych warunkach pod każdym względem”. Historia Janka Machaufa, żydowskiego dziecka z rabczańskiego sierocińca i jego listy do matki z lata 1945 r., Judaista, 2021, [online] https://issuu.com/judaista/docs/judaista_8_2021 [dostęp: 16.10.2022], s. 57-78

  • Panz K., „Dlaczego oni, którzy tyle przecierpieli i przetrzymali, musieli zginąć? Żydowskie ofiary zbrojnej przemocy na Podhalu w latach 1945–1947”, Zagłada Żydów. Studia i Materiały 2015, ss. 11, 33

  • Panz K., Why did they, who had suffered so much and endured, have to die? The Jewish victims of armed violence in Podhale (1945-1947), Holocaust Studies and Materials. Journal of the Polish Center for Holocaust Research, 2017

  • Panz K., The children are in a state of true panic. Postwar Anti-Jewish Violence in Podhale and Its Youngest Victims, Yad Vashem Studies, 2018, nr 46(1), 103-140.

  • Zalot B., Dlaczego Podhale nie pamięta? Rozmowa z Magdaleną Smoczyńską. Tygodnik Podhalański, 51 (1601) z 17 grudnia 2020 [online] http://gazetylokalne.pl/wp-content/uploads/2021/03/W70_HYR.pdf [dostęp: 22.10.2022]

 

Drukuj
Przypisy
  • [1.1] Naskalska-Babik, J. (2021). „Jest mi tu dobrze i żyję w dobrych warunkach pod każdym względem”.Historia Janka Machaufa, żydowskiego dziecka z rabczańskiego sierocińca i jego listy do matki z lata 1945 r. Judaista. Studenckie czasopismo naukowe, 2021, 8, s. 57-78
  • [1.2] Izraelski film dokumentalny o Lenie Kichler w reżyserii A. Margolin i O. Schwarz My hundred children, będący relacją z podróży do Polski w 2003 r. kilkorga byłych wychowanków Leny Kichler, którzy wraz z jej rodzona córka Szirą odwiedzają miejsca, w których przebywali jako dzieci.
  • [1.3] Panz K., Dlaczego oni, którzy tyle przecierpieli i przetrzymali, musieli zginąć. Żydowskie ofiary zbrojnej przemocy na Podhalu w latach 1945–1947”, Zagłada Żydów. Studia i Materiały 2015, ss.42-43
  • [1.4] Panz K., 2005, s. 43.
  • [1.5] W sumie w ataku tym brały udział 32 osoby, a ostrzał trzech willi trwał dwie godziny (Panz, 2005, s. 42-43).
  • [1.6] Panz K., tamże, 2005, s. 53).
  • [1.7] „Żydzi i żydziątka / Chcieliście opanować cały kraj / Zniszczyć Polaków i polskie dzieci / My Wam przygotujemy błogi raj / Aż parcha żydowska się rozleci” – fragment ulotki cytowany w Panz (2015), s. 51.
  • [1.8] W ŻIHu zachowały się obie imienne listy, sporządzone dla CKŻ i opatrzone nagłówkami: „Zostali” i „Wyjechali”
  • [1.9] Cały ten okres opisany jest szczegółowo w drugiej książce Leny Kichler-Zilberman (1969).