W dniu 25 sierpnia 1941 roku w lesie koło Łopuchowa Niemcy rozstrzelali niemal wszystkich żydowskich mieszkańców Tykocina. Przytoczmy tu fragment wspomnień przechowywanych w Żydowskim Instytucie Historycznym im. E. Ringelbluma wspomnień Menachema Turka (źródło: AŻIH, relacja nr 301/1971):
16 sierpnia 1941 r. (....) przyjechało do miasteczka pięciu niemieckich żandarmów. Jak się później okazało, wkrótce przyjechali też gestapowcy z rozkazem zabicia Żydów z Tykocina. (.....) Na drugi dzień po przybyciu żandarmów do Tykocina rozeszła się informacja, że rozkazano wykopać w lesie łopuchowskim trzy głębokie, duże doły. Kopanie dołów było prowadzone w szybkim tempie, zatrudniono setki chłopów z okolicznych wsi. Doły miały dwanaście metrów długości, cztery metry szerokości i pięć metrów głębokości. Tego samego dnia nadeszła wiadomość, że tykociński Żyd Dawid Mersz Orowicz (syn Chaima Prażyka), który wybrał się po żywność do pobliskiej wsi Sierki, został złapany przez przejeżdżających żandarmów oraz miejscowych policjantów i na miejscu zastrzelony. Obie informacje wstrząsnęły żydowską społecznością w Tykocinie, intuicyjnie wyczuwano zbliżającą się śmierć. Ludzie czuli się jak myszy w klatce, całkowicie bezradni i załamani. (....) W niedzielę 24 sierpnia o godzinie 6 wieczorem ogłoszono (zgodnie z tykocińskim zwyczajem przez obębnienie na ulicach), że nazajutrz, 25 sierpnia, o godzinie szóstej rano mają się zebrać na rynku wszyscy Żydzi z Tykocina, mężczyźni, kobiety i dzieci, z wyjątkiem kalek i chorych. (....) W poniedziałek 25 sierpnia o godzinie szóstej rano wszyscy Żydzi, mężczyźni, kobiety i dzieci, zebrali się na rynku. Na placu stały stół i krzesła, na których rozsiedli się niemieccy żandarmi i zaczęli zaznaczać nazwiska przychodzących Żydów. Ta procedura nie trwała jednak długo. Kiedy tylko rynek zapełnił się ludźmi, została wstrzymana rejestracja, która służyła tylko jako środek do oszukania Żydów. Gestapowcy z pomocą miejscowej polskiej policji pomocniczej, uzbrojonej w gumowe nahajki, zarządzili zamknięcie rynku. Następnie Niemcy przeprowadzili sortowanie ludzi - rzemieślnicy osobno, młodzi osobno, starsi ludzie także osobno. Rozkazujące głosy niemieckich zwierząt ludzkich rozbrzmiewały ponad całym miasteczkiem i napełniały strachem serca zebranego żydowskiego tłumu. Pewnej części Żydów, którzy intuicyjnie wyczuli grożące niebezpieczeństwo, udało się wykraść z rynku. Tymczasem około godziny siódmej nadjechało siedem samochodów ciężarowych z gestapowcami. Na ostatnim samochodzie zauważono broń maszynową i kilka skrzyń z amunicją. Cały rynek był silnie strzeżony przez niemieckich morderców. Wszystkim młodym i zdolnym do marszu kazali ustawić się w szeregi po cztery osoby. Kolumna zajmowała całą długość rynku, od jednego rogu do drugiego. Do pierwszego szeregu bandyci specjalnie wybrali najważniejszych ludzi, wśród nich Jakuba Charoszuchę - handlarza drewnem, jego zięcia Mosze Żaka, handlarza skórą, Daniela Dajcza - krawca, któremu dali w rękę harmonię do grania. Rozkazali wszystkim śpiewać Hatikwę i pognali w kierunku szosy. Natomiast starszych ludzi i kobiety z małymi dziećmi ci "humanitarni" synowie "narodu panów" posadzili na samochody i wywieźli w tym samym kierunku. (.....) Przy polnej studni padł pierwszy strzał, zginął stary Żyd Szmul Luherman (nazywany Szmulek Bobecki), podszames bejt midraszu, który miał chorą nogę i pozostawał w tyle. Polska policja pomocnicza gumowymi nahajkami pomagała Niemcom przyspieszać marsz. W szybkim tempie, z wymuszonym śpiewem, pod ciosami strażników popędzono Żydów do Jeżewa, a stamtąd szosą wiźnieńską do wsi Zawady, gdzie ich zamknięto w zawczasu przygotowanym budynku tamtejszej szkoły podstawowej. Zabrano tam także na samochodach ciężarowych wszystkich pozostałych ludzi. Ze wsi Zawady prowadziła prosta i krótka droga do lasu łopuchowskiego, gdzie były już wcześ niej przygotowane doły. Kiedy wszyscy Żydzi z rynku byli już skoncentrowani w Zawadach, rozpoczął się ostatni etap marszu śmierci. Co kilka minut do budynku szkoły podstawowej podjeżdżał samochód wypełniony Żydami, którym Niemcy wyjaśniali, że wiozą ich do getta w Czerwonym Borze. Prowadzono ich jednak do dołów, do których wrzucano ich żywcem. Dół był głęboki na 5 metrów i nie było już stamtąd możliwości ucieczki. Samochody jeździły tam i z powrotem cały dzień, prawie o zmierzchu Niemcy zakończyli swą diabelską pracę, zapełnili ludźmi cały dół. Przed nocą chłopi z okolicznych wsi zasypali doły pod nadzorem niemieckich bandytów.
Po wyzwoleniu masowe groby zostały oznakowane. Na wzniesionym w tym miejscu pomniku umieszczono napis o treści: "Tu spoczywają Żydzi z Tykocina i okolic zamordowani przez hitlerowców w sierpniu 1941 roku. W 50 rocznicę zbrodni mieszkańcy ziemi tykocińskiej".
Tykocin w kolekcji historii mówionej Muzeum POLIN.
