Dzisiaj bardzo świadomie mówię, że jestem Żydówką, nie bez powodu nazwałam tak swoje konto na Instagramie (@jestem_zydowka). Dla mnie to jest trochę jak wywieszenie tęczowej flagi – to takie bezpośrednie określenie się, pokazanie kim jestem”.

Dziękujemy, że przyjęłaś nasze zaproszenie do rozmowy. Na początku chciałybyśmy poprosić Cię o wyobrażenie sobie, że oprowadzasz po swoim domu gości. Jakie żydowskie akcenty mogliby zauważyć?

Miriam (Maria) Synger (MS): Przekraczając próg domu na pewno zobaczyliby mezuzę. To jest taki stały, szalenie ważny element domu żydowskiego wywodzący się z Tory. Zainteresowanie mógłby wywołać żydowski kalendarz wiszący na lodówce, na którym jest napisane, o której zapada zmierzch w piątek i w sobotę oraz w święta. Ktoś mógłby zapytać: po co w kalendarzu podane są godziny? Święta obchodzone w Polsce są danego dnia, ale nie zaczynają się o konkretnej godzinie. Kalendarz żydowski jest jednak kalendarzem słoneczno-księżycowym, w którym wschody i zachody słońca mają znaczenie – doba nie zaczyna się o północy, tylko wraz z zachodem. Religijni Żydzi wiedzą dzięki takiemu kalendarzowi, o której w ich kraju czy mieście zaczyna się i kończy dane święto. To jest szczególnie istotne ponieważ szabat i niektóre święta łączą się z niewykonywaniem pracy. Można by powiedzieć: „No dobra, jakie to ma znaczenie czy gotowanie skończy się o 18:00 czy 18:15?”. W wypadku religijnych Żydów to jest ważne. Tak jak podczas porodów istotne jest czy dziecko przyszło na świat o 23:55, czy o 00:05. To niby różnica 10 minut, ale w praktyce całego dnia. Dzięki kalendarzowi wiemy, o której przestać wykonywać określone czynności nazywane potocznie „pracą” choć nie równoznaczne z tym co za pracę uważamy współcześnie. W piątek i sobotę ten kalendarz krąży u nas z rąk do rąk; w piątek każdy chce wiedzieć, ile ma jeszcze czasu na dokończenie swoich obowiązków, a w sobotę – za ile będzie mógł, np. zadzwonić do kogoś czy, w moim przypadku, zajrzeć na portale społecznościowe.

Przy zlewie mamy specjalny pojemnik do netijat jadaim, rytualnego mycia rąk. Obmywamy je po przebudzeniu, przed spożyciem chleba i po skorzystaniu z toalety. Pojemnik, którego używamy do netijat jadaim, wygląda jak garnuszek z dwojgiem uszu. Dzięki tym uchwytom można zmieniać ręce, które należy polać wodą – w zależności od zwyczaju sześć razy naprzemiennie lub każdą rękę po trzy razy. Przed posiłkiem odmawiamy błogosławieństwo. Ktoś, kto usiadłby z nami do posiłku mógłby się zdziwić, że coś mamroczemy. W rzeczywistości są to konkretne słowa, które wymawiamy przed zjedzeniem konkretnego produktu. Poza tym w domu mamy jeszcze kilka judaików, gdzieś tam stoi menora, gdzieś kieliszek kiduszowy i świeczka hawdalowa. W soboty podczas obiadu rozmawiamy o paraszy i prawie żydowskim czy o żydowskich tradycjach, ale raczej nie jesteśmy domem, w którym przy stole non-stop rozprawia się o Bogu. Więcej czasu poświęcamy na rozmowy o tym co zrobić, żeby być dobrym, fajnym człowiekiem.

W kontekście kalendarza wspomniałaś o szabacie. Czy możesz opowiedzieć o nim coś więcej? Jak wyglądają przygotowania do szabatu w Waszym domu?

MS: Szabat zaczyna się w piątek zaraz przed zachodem słońca, czyli zimą wcześniej, latem później. Przygotowania polegają głównie na sprzątaniu mieszkania i szykowaniu kolacji. Obie te czynności podkreślają znaczenie szabatu jako dnia odświętnego, wyjątkowego. Zresztą nie tylko u Żydów tak jest, że jak ma się wydarzyć coś ważnego w domu, wizyta gości albo impreza dziecka, to się go ogarnia. Sprzątanie przed szabatem jest podobne, tylko zamiast przyjmować gości „przyjmujemy” ten wyjątkowy dzień; wedle tradycji nadejście szabatu wiąże się z boską obecnością, przybyciem dodatkowej duszy lub aniołów. Zwyczaj zapraszania gości na szabatową kolację jest zresztą bardzo powszechny, to dobra okazja do spotkania. Dla mnie przygotowania do szabatu są miłym podkreśleniem wyjątkowości tego dnia. To jak wystrojenie się i szampan w Sylwestra. Nie jest tak, że jak na szabat nie posprzątamy, to on nie nadejdzie, tak jak Nowy Rok rozpocznie się niezależnie od tego w co jesteśmy ubrani. Chodzi o to, żeby dodać mu wyjątkowości, odróżnić go od dnia powszedniego, przełączyć się na tryb odpoczynku.

U nas, jak w wielu innych żydowskich domach, w ciągu tygodnia wszyscy są zabiegani: praca, szkoła, przedszkole, posiłki często zjadane w pośpiechu. Przygotowując się do szabatu znajdujemy czas na gotowanie i mamy tę pewność, że cała rodzina wspólnie zasiądzie do kolacji. Staramy się też piec chałki. Jest takie przekonanie, że to kobieta piecze chałę, jednak to nie jej pieczenie, a oddzielenie ciasta jest kobiecą micwą. Jeśli mój mąż piecze chleb, a ja przyjdę oddzielić część ciasta – co robimy w nawiązaniu do fragmentu z Tory [Bamidbar (Lb) 15:20 – red.] i czasów świątynnych – to już wypełniłam micwę.

Innym przykazaniem kobiecym związanym z szabatem jest zapalenie świeczek przed zmierzchem. Świece są minimum dwie, symbolizują to, że pamiętamy o szabacie i go przestrzegamy, zachor we-szamor [hebr. Pamiętaj i przestrzegaj]. Ja zapalam ich siedem, bo tylu członków liczy nasza rodzina. Przy nakrytym wcześniej stole śpiewamy Szalom Alejchem – piosenkę, którą wita się anioły. Mąż robi kidusz nad winem, czyli odmawia odpowiednie błogosławieństwo. Następnie myjemy ręce, mąż błogosławi chleb. W wielu żydowskich domach robi to kobieta, ale u nas w domu przyjęło się, że robi to mąż. Po tym wszystkim zaczyna się kolacja.

A jak spędzacie czas w sobotę?

MS: Sobota to dla nas czas na wspólne leżenie w łóżku, czytanie, granie w gry planszowe, gadanie. Czasem wpadnie do nas szwagierka z córką, czasem idziemy do mojej mamy. Chętnie też wychodzimy całą rodziną na spacer. Tradycyjnie tego dnia Żydzi ubierają się elegancko, idą do synagogi, jedzą uroczysty posiłek z rodziną i gośćmi. W naszej rodzinie część domowników w sobotę zostaje w domu, w piżamie – i to jest dla nas ta odświętność. Do synagogi chodzi mąż ze starszym synem, czasem zabiera którąś z córek, jeśli ta ma ochotę. W szabat nie używamy samochodu, a z naszego domu do synagogi idzie się 30-40 minut. Jak syn trochę podrośnie, to będziemy do niej chodzić wspólnie, ale póki co zostaję z nim w domu. Szabat kończy się hawdalą, czyli błogosławieństwem nad odpowiednią świeczką z kilkoma knotami oraz nad winem i wonnościami, które wszyscy wąchamy.

Jakiej pracy nie wolno wykonywać w szabat?

MS: Wiele osób dziwi się, że w szabat nie korzystamy z telefonów i nie oglądamy Netflixa. Owszem, te czynności nie są fizycznym wykonywaniem pracy, ale korespondują z trzydziestoma dziewięcioma pracami wykonywanymi przez Żydów po wyjściu z Egiptu, podczas wędrówki przez pustynię. Chcąc uświęcić szabat powstrzymujemy się od aktywności towarzyszących rozkładaniu i składaniu służącego za świątynię namiotu, w którym znajdowała się Arka Przymierza.

Czynności zakazane w szabat nazywają się melachot. Należą do nich m.in. sianie, oranie, młócenie, ścinanie, łapanie i zabijanie zwierząt, garbowanie skór, plecenie węzłów i ich rozwiązywanie, budowanie, burzenie, ale też pisanie, zmazywanie i farbowanie – dlatego nasze dzieci nie rysują i nie kolorują w sobotę. To, że w szabat nie gotujemy wynika z tego, że w szabat nie wolno piec. Niekorzystanie z elektryczności, w tym oglądanie telewizji i korzystanie z komórki, jest pochodną zakazu zapalania i gaszenia ognia; z tego samego powodu nie korzystamy z samochodu, a mąż nie pali w szabat papierosów. Korzystanie z pieniędzy nie jest wymienione jako jedna z melachot, ale wszelkiego rodzaju transakcje w szabat również są zabronione.

Twój profil na Instagramie nazywa się „Jestem Żydówką”. Co dla Ciebie oznacza bycie ortodoksyjną Żydówką w Polsce?

MS: Zawsze wiedziałam, że jestem Żydówką. Mama parę razy zabrała mnie do synagogi, opowiadała mi różne rzeczy, bo sama zajmuje się tematyką żydowską. W szkole napisałam pracę o Żydach, później szybko znalazłam pracę w Centrum Społeczności Żydowskiej w Krakowie. Nawet gdy jeszcze nie byłam religijna, deklarowałam się jako Żydówka. To była po prostu od zawsze część mnie, część mojej historii, tak samo jak to, że jestem jedynaczką z przyrodnim rodzeństwem i jak to, że mama wychowywała mnie sama, a mój tata jest Austriakiem mieszkającym w Niemczech. Niektórzy znajomi wiedzieli o moim pochodzeniu, inni nie. Natomiast dzisiaj bardzo świadomie mówię, że jestem Żydówką – nie bez powodu nazwałam tak swoje konto na Instagramie. Dla mnie to jest jak przyczepienie do bluzki różowej wstążeczki w Światowy Dzień Walki z Rakiem Piersi – czy to sprawi, że ktoś wyzdrowieje? No nie, ale pozwoli zwiększyć świadomość.

Mówię o swojej tożsamości bardzo otwarcie, po to, żeby oswoić temat Żydów – a to generalnie jest trudny temat, zwłaszcza w Polsce. Jeśli mowa o religijności, nie miałabym potrzeby jej podkreślania, gdyby nie antyreligijność, z którą się spotykam, oraz te stereotypy, uprzedzenia i podziały: jak jesteś feministką, to nie możesz być religijna; jak jesteś osobą homoseksualną, to nie możesz być katolikiem; jak jesteś wegetarianinem, to na pewno nie używasz plastikowych butelek. Zauważyłam, że osoby religijne traktuje się często jak bezmózgowców, albo oczekuje od nich nie wiadomo jakiej pobożności i uduchowienia. Dlatego ja wychodzę do ludzi z przekazem: „Dzień dobry, wydaje mi się, że jestem rozumnym człowiekiem, łączę myślenie z życiem w zgodzie z konkretnymi regułami”.

Czy łączenie ortodoksyjnego judaizmu z Twoimi poglądami i otwartością na korzystanie z mediów społecznościowych jest dla Ciebie wyzwaniem?

MS: W ogóle nie jest dla mnie wyzwaniem, zupełnie tak tego nie postrzegam. Na Instagramie ludzie pytają mnie czy jestem feministką. Wiem, że tego typu pytania wynikają z tego, że judaizm jest konserwatywny – zresztą tak samo, jak chrześcijaństwo i generalnie polskie społeczeństwo. Nie tylko religie sprawiają, że kobiety nie są traktowane tak, jak powinny. W świeckich społeczeństwach zarabiają mniej niż mężczyźni, jest ich też mniej w polityce.

Odbijam więc piłeczkę i zadaję pytanie: „Czy na pewno jest tak, że światem religijnym rządzi patriarchat, a świat niereligijny gwarantuje nam równouprawnienie?”.

Moja odpowiedź brzmi: „Nie”. Naturalne są dla mnie pewne różnice i rozgraniczenia związane z płcią, które mamy w judaizmie ortodoksyjnym. Jest ich na tyle mało, że zupełnie mi nie przeszkadzają na co dzień. Źródłem większej presji są dla mnie reklamy, poradniki dla mam, polskie media czy przekazy płynące ze świata mody. Ludzi, którzy nie mają na co dzień do czynienia z judaizmem może zdziwić mój mąż robiący chałki – ale dla religijnych Żydów to żaden problem. Rzeczywiście, gdyby moja córka powiedziała, że chce być mohelką to mogłoby być trudne, bo mohelami tradycyjnie są mężczyźni. Nie znaczy to, że według prawa żydowskiego kobieta nie może być mohelką; w Torze mamy nawet opis żony Moszego, która obrzezuje swojego syna. Przeciwwskazań nie ma, to są wyłącznie kwestie społeczne. Zakładanie tefilinu to micwa męska, choć nigdzie nie jest powiedziane, że kobieta nie może go zakładać. W naszej synagodze kobieta zakładająca filakterie na pewno wzbudziłaby zainteresowanie, raczej nie patrzono by na to przychylnie.  Podobnie z pełnieniem funkcji rabina – w prawie żydowskim nigdzie nie jest napisane, że kobieta nie może być rabinką. W niektórych odłamach judaizmu rabinami zostają zarówno mężczyźni, jak i kobiety.

Tradycyjnie w synagodze istnieje podział na część dla mężczyzn i mniejszą, z reguły gorzej wyposażoną, część dla kobiet. Osobiście skupiam się na tym, co mogę zrobić – jeśli mnie to złości, to mogę pójść do rabina i powiedzieć mu, że mamy za mało miejsca, może da się jakoś inaczej zaaranżować tę przestrzeń. Uważam, że w każdej dziedzinie jest miejsce na wywalczenie równouprawnienia.

Oczywiście, w judaizmie jest dużo tych stopni do przeskoczenia, ponieważ obowiązuje w nim mnóstwo reguł. Jednak w obrębie tych reguł – co dla osób z zewnątrz może nie być takie oczywiste – jest też miejsce na zmiany. Tak, jest kilka bardzo niesprawiedliwych zasad, np. w małżeństwie zdrada mężczyzny jest inaczej postrzegana niż zdrada kobiety. Ta zasada nigdy się nie zmieni, bo wynika to stricte z prawa żydowskiego. Ale jeżeli chodzi o wszystko dookoła, tradycje i zwyczaje, to one się zmieniają i będą zmieniać.

Wiem, że dla wielu to, że zakrywam głowę chustą oznacza, że nie jestem feministką. Ja patrzę na to inaczej, to jest wybór mój i innych kobiet. Niektóre spośród moich koleżanek, ortodoksyjnych Żydówek, nie zakrywają wcale głowy, inne noszą peruki. Zakrywanie głowy pojawia się w Torze, jednak nie jest to nakaz, ale przyjęty zwyczaj. Podobnych wyborów dokonują kobiety zakładając krótką spódniczkę albo wbrew społecznym oczekiwaniom nie goląc nóg. To jest wybór każdej z nas.

Czy odczuwasz jakąś presję związaną z tym, że Twój głos jest utożsamiany z głosem wszystkich religijnych Żydów i Żydówek?

MS: Oczywiście, czasem wpadam w panikę, szczególnie gdy kolejne osoby komentują moje posty na Instagramie i chcą ze mną przeprowadzać wywiady, a ja pełnię rolę tego żydowskiego głosu. Z tego powodu staram się nieustannie podkreślać, że mówię wyłącznie w swoim imieniu. Nie chcę, aby ktoś powiedział: „A, czytałem wywiad z Miriam i już wiem jacy są Żydzi. Mówiła, że u nich w domu mąż piecze chałki, więc to znaczy, że wszyscy żydowscy mężczyźni je pieką”. Wszystkie wątpliwości konsultuję z rabinami, którzy wiedzą, że prowadzę profil w mediach społecznościowych. Wśród obserwatorów mam też religijnych Żydów. Póki co twierdzą, że robię dobrą robotę.

Jestem bardzo ostrożna, ale czasem sama nabieram wątpliwości słysząc kolejny raz: „Ale jak to, jesteś ortodoksyjną Żydówką, a pokazujesz się na Instagramie?”. Pół minuty zajmuje mi w takich chwilach znalezienie innych, aktywnych w Internecie ortodoksyjnych i ultraortodoksyjnych kobiet. Dla wielu może to być zaskoczenie, ale większość z nas ma Internet. Oczywiście, znajdzie się mnóstwo Żydów ultraortodoksyjnych, którzy uważają Internet za samo zło, a wszystkie media społecznościowe uznają za zagrożenie i wyraz próżności. Niektórzy i niektóre z nich w ogóle nie robią sobie zdjęć. Istnieje jednak mnóstwo kont w mediach społecznościowych, chociażby o profilu edukacyjnym czy lifestylowym, prowadzonych przez Żydów i Żydówki. Mamy XXI wiek i wszyscy są aktywni w Internecie. Niedawno zaprzyjaźniony rabin stwierdził, że czas sobie założyć Instagrama. Bo jak to, rabin, a nie ma go w mediach społecznościowych? (śmiech)

Czy możesz trochę opowiedzieć o wychowywaniu dzieci? Czy i jakie są różnice w religijnym wychowywaniu dziewczynek i chłopców?

MS: Nie ma różnic. To znaczy, i są, i nie ma. Chłopcy w wieku 13 lat mają bar micwę, od tego czasu zakładają tfilin i są odpowiedzialni za swoje czyny. Bar micwa syna odbywała się w synagodze. Zwyczajowo chłopiec czyta wtedy Torę, ale mój syn nie chciał. Dziewczynki osiągają religijną dojrzałość wcześniej, w wieku 12 lat. Bat micwa jest mniej hucznie obchodzona. Dziewczyny nie chodzą tak często do synagogi, nie zakładają tfilinu, nie czytają Tory. Zaczęłam już przygotowywać córkę i inne dziewczynki do bat micwy. Dla nich raczej nie będzie imprezy w naszej synagodze, bo to synagoga ortodoksyjna. Na pewno wyprawimy im jednak przyjęcie.

 W judaizmie rozróżniamy co jest stricte prawem żydowskim, wynikającym z Tory, a co interpretacją rabinów albo zwyczajem. Na przykład w Torze, czyli Pięcioksięgu Mojżeszowym jest napisane „Nie jedzcie świni” – to tu nie ma zmiłuj i nie jemy świni. Chyba, że jesteśmy umierający, to wtedy ją zjemy, bo to jest ratowanie życia. Kwestia kiduszu jest bardziej umowna. Gdyby mój mąż był nieobecny, to ja mogłabym odmówić błogosławieństwo nad winem. Chyba, że w domu byłby mój syn, wtedy – mimo, że jest jeszcze dzieckiem – zrobiłby to on, bo w świetle prawa żydowskiego jest mężczyzną, a kidusz odmawia mężczyzna.

Jeżeli chodzi o wychowanie codzienne, np. wynoszenie śmieci i sprzątanie, to nie ma tu różnicy. To dla mnie bardzo ważne, że dzieci sprzątają po równo, gotują po równo, odsmażają sobie naleśniki po równo. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której robią to córki, a synowie nie.

W zakresie edukacji religijnej, np. znajomości świąt, to staramy się, żeby każde z naszych pięciorga dzieci wiedziało tyle samo. W szabat całą rodziną rozwiązujemy quizy; pięciolatka przoduje w zadawaniu najtrudniejszych pytań dotyczących Tory. Jedyną różnicą w zakresie edukacji religijnej jest to, że najstarszy syn, prawie czternastoletni, ma dodatkowe nauki w synagodze. Jako mężczyznę obowiązuje go więcej nakazów wynikających z Tory, toteż więcej czasu potrzebuje, by je wszystkie zrozumieć. Dodatkowo za półtora roku chce jechać do Izraela do szkoły, więc każda wiedza na pewno mu się przyda.

Zbliża się Pesach. Jak w Twoim domu wyglądają przygotowania do tego święta?

MS: Uwielbiam Pesach. Pesach to jest sprzątanie, a ja, jakkolwiek dziwnie to brzmi, lubię sprzątać. To święto chyba we wszystkich żydowskich domach wygląda tak, że odsuwa się każdą szafkę i zagląda w każdy kąt. W Pesach w domu nie powinniśmy mieć nawet najmniejszego okruszka chleba i pozbywamy się wszystkiego, co może stać się chamecem, czyli zakwasem, wynikiem fermentacji ziaren zbóż z wodą. Wyciągamy wtedy wszystkie produkty, które są mączne. Przed Pesach pozbywamy się ich, zjadamy albo dajemy komuś.

Potem jest kolacja sederowa, która jest długa, intensywna i pełna symboliki. Zgodnie z tradycją, na stole pojawiają się określone dania. Wśród nich jest charoset – papka, która przypomina zaprawę murarską [Danie z owoców, orzechów i migdałów, konsystencją przypominające glinę, z której żydowscy niewolnicy w czasach niewoli egipskiej wyrabiali cegłę – red.]. Na kolacji sederowej musi być też maca, bez macy nie ma Pesach. Zjedzenie macy, napicie się wina lub soku z winogron to micwy. Nie nakłaniamy oczywiście do picia kogoś, kto nie chce.

Pesach kojarzy się z tym, że na stole mają być maca, wino i mięso, i że to mięso jest takim rodzajem prawdziwego uświęcenia. Co ciekawe, coraz więcej rabinów przywołuje konkretne fragmenty z Tory świadczące o tym, że niejedzenie mięsa nie kłóci się z Torą. Do tej pory było tak, że korban pesach, czyli ofiarą pesachową, musi być mięso. Obecnie coraz częściej mówi się, że potrawy mięsne, jak np. czulent, mogą być wegetariańskie. Na Rosz ha-Szana nie musi być tradycyjnie głowa ryby, tylko kawałek selera. Można mu dolepić oczko, żeby przypominał rybę. Wyraźnie widać, że świat ortodoksyjny też się zmienia.

Czy możesz opowiedzieć nam która Żydówka lub grupa żydowskich kobiet jest dla Ciebie inspiracją?

MS: Inspirują mnie wszystkie kobiety, które zajmują się edukacją, które robią coś przełomowego. Na pewno jako krakuska powiem, że inspiruje mnie Sara Szenirer, założycielka pierwszej szkoły religijnej dla dziewcząt żydowskich [Bejs Jakow – red.]. Bardzo cenię moją nauczycielkę Chanę Henkin z Jerozolimy, która założyła midraszę Niszmat, szkołę z różnymi programami dla religijnych kobiet. Jej mężem był bardzo światły rabin, tzw. posek halacha, czyli człowiek rozstrzygający problematyczne kwestie prawa żydowskiego, również te nieopisane w Torze. W Niszmat powstały Joacot Halacha – kilkuletnie studia kształcące kobiety, które po ich zakończeniu mogą doradzać innym kobietom w kwestiach dotyczących np. menstruacji, płodności i korzystania z mykwy.

W Niszmat w święto Simchat Tora miałyśmy swoją Torę, z którą tańczyłyśmy. Nasza nauczycielka uczyła nas jak robić kidusz, żebyśmy nie były zależne od mężczyzny. Zatrudniała sztab świetnych nauczycielek, które prowadziły zajęcia m.in. o seksualności i przyjemnościach fizycznych. Wyjaśniały, czy kobiety mogą się masturbować albo uprawiać seks lesbijski – a wszystko to w ramach ortodoksji, na podstawie konkretnych przykładów z pism. Założycielka tej szkoły pokazała mi, że można być za równouprawnieniem i tworzyć miejsce, w którym kształcą się ortodoksyjne kobiety, świadome tego, czym jest prawo żydowskie.

Czy ta wiedza przydała Ci się w Polsce?

MS: Po przyjeździe do Polski dosyć szybko zapomniałam o tej kobiecie i jej naukach. W Izraelu kobiety żydowskie, ortodoksyjne, łączą macierzyństwo i pracę zawodową i każdego dnia małymi krokami zmieniają otaczający je patriarchalny świat, świadome tego jak z każdej strony bywają ograniczane. Mam takie poczucie, że w Izraelu byłam lepiej rozumiana z tym, że rodzę dzieci, rozwijam się i nie rezygnuje ze swoich pasji. Nikogo nie dziwiło, że jestem w kolejnej ciąży i nie idę na żadne zwolnienie, a z małym dzieckiem pojawiam się na zajęciach. Podobnie nikt nie zadawał mi pytania, czy mój mąż pomaga mi w domu. Oczywistym było, że powinien się angażować, skoro to też jego dom. Z drugiej strony, w Izraelu i tym bardziej po powrocie do Polski miałam poczucie, że jednak dom równa się kobieta. Szybko wskoczyłam w typową „rolę kobiety”, która sama przygotowuje cały szabat, oraz „rolę matki”, która bierze na siebie wszystkie obowiązki związane z dziećmi. Ja miałam wdrukowane te patriarchalne schematy nie z ortodoksji, judaizmu czy z domu, w którym byłam wychowana, ale z naszej polskiej kultury, seriali i gazet. Świat się jednak zmienia, co mnie bardzo cieszy. Ja też się cały czas uczę. Nauki zdobyte w Izraelu i w mojej ukochanej szkole przydają się teraz, kiedy jestem pewniejsza w swoim feminizmie.

 Wywiad przeprowadziły Olga Mielnikiewicz i Anna Styczyńska

Drukuj